niedziela, 3 maja 2020

Skandynawski dziennik cz. 5 (Tromsø, Nordkapp)

Rankiem obudziliśmy się wyspani i w dobrym humorze, który to skutecznie wkrótce zepsuły nam... końskie muchy. Na parkingu było tego cholerstwa w brud i wkrótce jak szaleni wymachiwaliśmy buffami, modląc się jednocześnie, żeby ktoś się zatrzymał. Gdy dziewczyna, która nas zabrała, z przepraszającym uśmiechem oznajmiła, że może nas podrzucić tylko kilkanaście kilometrów, opowiedzieliśmy jej o krwiożerczych muchach i serdecznie podziękowaliśmy ;) Przez cały dzień kierowaliśmy się na Tromsø, gdzie udało nam się ostatecznie dotrzeć dopiero późnym popołudniem. Sympatyczna dziewczyna zostawiła nas pod bramą kempingu, bo uznaliśmy że może wypadałoby się jednak od czasu do czasu doprowadzić do porządku :D

W drodze...

Nieco wahaliśmy się ze względu na dość wysoką cenę (około sto złotych za osobę), ale ostatecznie stwierdziliśmy, że najwyższy czas zrobić pranie, a poza tym moje włosy także błagały o litość ;) W ogólnym rozrachunku uważam, że to były dobrze zainwestowane pieniądze, to kemping był naprawdę luksusowy (zdecydowanie najlepszy z trzech, na których byliśmy w Norwegii i w Finlandii). Namioty rozbija się po prostu "za rzeką", dowolnie wybierając miejsce - a jest tam sporo sympatycznych miejscówek. My kierowaliśmy się przy wyborze możliwością wygodnego rozwieszenia sznurka na pranie ;) Po wstępnym ogarnięciu się ruszyliśmy do miasta, kwestie sanitarne pozostawiając na wieczór.

Właściwa część Tromsø jest położona na wyspie, połączonej ze stałym lądem mostem, a także  tunelem. Z mostu rozciągają się piękne widoki na samo miasto i (a może przede wszystkim) otaczające je góry. Tego wieczora czasu starczyło nam w zasadzie tylko na szybki spacer głównymi ulicami i wizytę w sklepie spożywczym. W ogólnodostępnej kuchni na kempingu zauważyłam piekarnik, wyszperaliśmy więc w chłodni przecenioną mrożoną pizzę. Gdy późnym wieczorem przechodziliśmy z powrotem przez most, uderzyło nas, jak niesamowicie jest ciepło. Byliśmy setki kilometrów za kołem podbiegunowym, a o godzinie 23 mieliśmy na sobie t-shirty i krótkie spodenki! Podczas podróży regularnie zdarzało nam się narzekać na upał, tym niemniej mam świadomość, jak niesamowicie nam się poszczęściło, że mogliśmy oglądać wszystkie piękne norweskie krajobrazy, bo nie tonęły we mgle ani w deszczu, jak to się bardzo często zdarza. Na przykład w Tromsø podobno pada średnio przez trzy dni w tygodniu.

...i już w Tromsø

Po powrocie zajęliśmy się w pierwszej kolejności praniem i myciem. Tu spotkała nas pierwsza przyjemna niespodzianka - na kempingu nie było typowych sanitariatów z kabinami prysznicowymi i wspólnymi umywalkami, tylko kilka czy kilkanaście normalnych łazienek - każda wyposażona w toaletę, prysznic i umywalkę. Przed wejściem utworzyła się niewielka kolejka, ale czekałam może pięć minut. Przepraliśmy ubrania w umywalce, a ja mogłam też wreszcie umyć włosy - bo potem przebiegłam tylko kilka metrów do ogrzewanej kuchni, gdzie w piekarniku dochodziła już pizza. Pomieszczenie zaprojektowano funkcjonalnie - niemal wszelkie urządzenia występowały w liczbie podwójnej albo potrójnej. Ponadto mieliśmy dostęp do sporej ilości sztućców, garnków, patelni, naczyń i w zasadzie wszystkiego, co jest potrzebne do codziennego funkcjonowania. Wkrótce zostaliśmy tam sami, bo minęła już północ. Zjedliśmy, poczytaliśmy sobie i jakoś koło drugiej w nocy, gdy włosy były już względnie suche, wróciliśmy do namiotu.

Rankiem obudziły nas okrzyki dzieciaków, które przed naszym namiotem urządziły sobie rozbieg, by odpowiednio rozpędzić się przed wpadnięciem z pluskiem do krystalicznie czystej wody przepływającej obok rzeki. Po śniadaniu czekała nas identyczna jak wczoraj trasa przez most. Tym razem naszym celem było Polarmuseet - Muzeum Polarne. No, w zasadzie to głównie moim celem - jakoś tak miałam potrzebę, żeby choć jedno muzeum w Norwegii "zaliczyć" i po pobieżnym przejrzeniu opinii i porównaniu cen padło na to. Udało mi się nawet nawet załapać na zniżkę studencką (z polską legitymacją, ISIC nie miałam) :) Muzeum jest w porządku, aczkolwiek niczego nie urywa - urządzone raczej w tradycyjnym stylu, pełne gablot z różnymi eksponatami i tablic informacyjnych po angielsku i norwesku. Tym niemniej, jeśli jesteś zainteresowany, jak żyło się kiedyś (a częściowo i teraz) na dalekiej Północy - nie zawiedziesz się.

Za kołem podbiegunowym w krótkich spodenkach? No problem!
Arktyczna Katedra

Tromsø nie ma w zasadzie wielkich atrakcji - warto na pewno zobaczyć chociaż z zewnątrz Arktyczną Katedrę, poza tym jest jeszcze druga, drewniana katedra przy głównej ulicy. Do tego przyjemnie jest przespacerować się po nabrzeżu i przyjrzeć się najróżniejszego rodzaju i najróżniejszej wielkości statkom. Można także wstąpić do jednego z kilku muzeów. Jednak głównym atutem miasta jest jego położenie i otoczenie - w zimie można spróbować "upolować" tu zorzę polarną, przejechać się psim zaprzęgiem czy wybrać się na tzw. "whale watching". O każdej porze roku można - i należy! - przejść się po otaczających Tromsø górach. Gęsta sieć szlaków oferuje różnorodną długość i trudność wycieczek. Osobiście okropnie żałuję, że tym razem nie było na to czasu...

Po wyjściu z muzeum okazało się, że właściwie nie mamy już czasu na dalsze zwiedzanie - trzeba było ruszać dalej. Tu zresztą nieco rozeszły się nasze priorytety - mi bardzo spodobało się Tromsø i chciałam zostać tam jeszcze trochę, natomiast Arturowi spieszyło się na Nordkapp. Nie wchodząc w szczegóły, był to chyba najtrudniejszy test naszej wspólnej podróży, gdy złapaliśmy już pierwszego dziś stopa, przełykałam łzy na tylnym siedzeniu, próbując jednocześnie prowadzić w miarę składną konwersację. A był to stop ciekawy - zabrało nas małżeństwo podróżujące kamperem dookoła świata :) Wnętrze auta było wyklejone zdjęciami, a oni mieli nawet specjalnie przygotowane na tę okazję koszulki z nadrukiem! Zajmująca siedzenie pasażera Azjatka w średnim wieku była przesympatyczna i bardzo chciała z nami rozmawiać, ale mocno utrudniała jej to ograniczona znajomość języka - więc w konwersacji pomagał jej sporo starszy mąż, chyba Norweg.

I znowu w drodze
Strój ochronny na komarrry :D

Potem trafiły nam się jeszcze jeden lub dwa krótsze stopy. Nie byliśmy zbyt zadowoleni z przebytej dziś odległości - na Nordkapp było wciąż dość daleko. Spać przyszło nam w niewielkiej miejscowości Burfjord. Rozbiliśmy się nad jeziorem, ale najbardziej zapamiętałam ten nocleg z ogromnej ilości komarów, które chciały wyssać z nas wszelką krew. O poranku mieliśmy jeszcze okazję obserwować samochód, który wypełniony zdecydowanie wczorajszą lokalną młodzieżą z bojową pieśnią na ustach toczył się powoli na jedną z posesji. W sumie - prawka nikt nie odbierze, bo najbliższy komisariat pewnie kilkadziesiąt kilometrów dalej. Ot, norweskie klimaty ;) Plan na dzisiaj zakładał tylko stopowanie - byle dotrzeć jak najdalej, a najlepiej na Nordkapp. Choć szczerze mówiąc nie za bardzo w to wierzyliśmy, bo odległość była spora, a okolice coraz bardziej odludne...

Kilka godzin później minęliśmy ostatnie większe miasto - Altę. Kikadziesiąt kilometrów dalej od drogi E6, którą przejechaliśmy niemal całą Norwegię oddziela się ta prowadząca na wyspę Magerøya, gdzie znajduje się Nordkapp. Było już późne popołudnie, więc nie mieliśmy zbytniej nadziei dotarcia tam jeszcze dziś - a tu proszę. Prosto na Przylądek Północny zabrał nas van, który... najpierw nas minął, a potem zawrócił. Okazało się, że na wycieczkę wybrała się cała rodzina - w "naszym" vanie, był sympatyczny chłopak ze swoją dziewczyną, a poza nim kolumnę tworzyły jeszcze dwa inne samochody. Po drodze złapała nas okropna burza - padało tak, że momentami ledwo było widać drogę... Oj, nie czułam się wtedy pewnie w jadącym całkiem szybko samochodzie. Na szczęście wkrótce wyjechaliśmy z zasięgu ulewy i znów świeciło nad nami słońce.

Jakość kiepska, ale przy bliższych oględzinach widać renifery ;)
Księżycowe krajobrazy

Sam Przylądek znajduje się niestety we władaniu prywatnej firmy i żeby zobaczyć słynny globus na krańcu świata, trzeba słono za to zapłacić - wstęp dla jednej osoby to koszt 265 NOK, czyli około 130 złotych. Z jednej strony uważaliśmy, że to absurd płacić tyle za obejrzenie, cóż... w zasadzie kupy kamieni, z drugiej - w końcu przejechaliśmy w tym celu całą Norwegię. Szczęśliwie po szybkim researchu okazało się, że są co najmniej dwa sposoby na uniknięcie tej opłaty. Po pierwsze, zamiast na Nordkapp możemy udać się piechotą na oddalony od parkingu o 9 kilometrów Knivskjelodden - przylądek, który jest o parę metrów dalej wysunięty na północ niż ten "komercyjny". Rozważaliśmy tę opcję, ale zniechęciła nas nieco późna pora (była prawie północ), a przede wszystkim czające się wciąż za nami burzowe chmury. Ostatecznie przeszło bokiem, ale wtedy trudno było to przewidzieć.

Wykorzystaliśmy więc jeszcze inne rozwiązanie. Na stronie Nordkappu chwalą się, jacy to oni są "eco friendly" i oferują darmowy wstęp dla wszystkich poruszających się na własnych nogach albo pojazdem niezmotoryzowanym (rower, hulajnoga ;)). Poprosiliśmy więc, by wysadzili nas na parkingu, z którego rusza się na Knivskjelodden. Na Nordkapp jest stamtąd około 5 kilometrów - idzie się cały czas asfaltem, bez najmniejszych trudności. Przedtem chcieliśmy się przebrać, co okazało się stanowić pewien problem, bo okolica jest zupełnie "łysa" i akurat w tamtym miejscu względnie płaska. Oddaliliśmy się więc po prostu na rozsądną odległość od parkingu - zmieniliśmy ciuchy i niemal weszliśmy w niewielkie stadko reniferów ;)

I jesteśmy! :D

Po drodze na Przylądek mogliśmy podziwiać księżycowe krajobrazy. Linia brzegowa jest tu nieregularna i dość poszarpana, więc takich przylądków występuje całkiem sporo. Łagodne, pozbawione roślinności wyższej niż trawa wzgórza oświetlone wiszącym już nisko słońcem tworzyły naprawdę piękny widok. Do tego całkowita pustka - przerywana jedynie czasem odgłosem przejeżdżającego samochodu. Niesamowity to był spacer :) Przy wjeździe na Nordkapp stoi budka ze szlabanem, ale nas rzeczywiście nikt nie zatrzymywał. Mimo późnej pory ludzi było całkiem sporo - przyjechali podziwiać dzień polarny, gdy słońce ani przez moment nie chowa się za horyzont. Pierwsze kroki skierowaliśmy na punkt widokowy ze słynnym globusem. Po krótkiej sesji zdjęciowej przeszliśmy się jeszcze kilkadziesiąt kroków, ale pizgający dość solidnie wiatr szybko zmusił nas do schowania się do środka - w Nordkapphallen, gdzie możemy zaopatrzyć się w pamiątki, a nawet wysłać pocztówkę ;) Poza tym znajduje się tam między innymi muzeum i kaplica.

Gdy z powrotem podeszliśmy do budki ze szlabanem, dochodziła już druga w nocy. Dookoła też mocno się już przeluźniło, więc mieliśmy umiarkowane nadzieje na złapanie stopa. Nie przeszkadzało nam to zanadto, najwyżej rozbilibyśmy się gdzieś nieopodal. A jednak się udało! Tym razem zabrali nas młodzi Rosjanie. Podróżowali naprawdę wypasionym autem i byli już porządnie wstawieni (za wyjątkiem kierowcy, mam nadzieję ;)) - nas też zresztą częstowali, ale trochę bałam się kosztować tego bliżej nieokreślonego trunku :D Nie pytaliśmy nawet, dokąd jadą, bo na Nordkapp prowadzi tylko jedna droga. Byłam święcie przekonana, że ta sama droga prowadzi przez całą wyspę - ale okazało się, że byłam w błędzie. Jest ich co najmniej cztery - a jedną z tych bocznych, wiodącą konkretnie do miejscowości Gjesvær, podążali oczywiście owi Rosjanie. Wysadzili nas więc na zakręcie i pojechali w swoją stronę.

Widok na przylądek Knivskjelodden

Przez chwilę próbowaliśmy złapać coś jeszcze, obserwowaliśmy mijających nas kolejnych rowerzystów (dużo ich tam, wow! średnio wyobrażam sobie jeżdżenie po tak górzystym terenie), ale dość szybko poddaliśmy się i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Po szybkim rekonesansie rozłożyliśmy namiot w obniżeniu niedaleko drogi, rozwiesiliśmy pranie, które nie mogło się dosuszyć od dwóch dni i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek :)

Rano obudził nas... upał. Kosmos, nie? Jesteśmy na północnym krańcu Europy, a niemal każdego ranka rozpaczliwie zdzieramy z siebie śpiwory w poszukiwaniu zbawiennego ochłodzenia ;) Zanim zwinęliśmy majdan, czekała mnie jeszcze niezbyt przyjemna niespodzianka - gdy udałam się za potrzebą, zaliczyłam przy okazji bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze... szkieletem renifera. Ble. Choć rankiem ruch nadal nie jest zbyt duży, szybko złapaliśmy stopa do Honningsvåg, największego miasteczka na wyspie. Główna droga omija je jednak, więc i my wysiedliśmy na zakręcie i przyglądaliśmy się miejscowości jedynie z daleka. Artur skoczył na pobliską stację benzynową po wodę - słońce paliło i bardzo chciało nam się pić. Potem pozostało nam tylko czekać na kierowcę, który powiezie nas ku nowej przygodzie - Finlandii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz