wtorek, 18 października 2016

Wieczorem w Łutowcu po sezonie

We wtorek w schronisku po sezonie
W doliny wczoraj zszedł ostatni gość
Za oknem plucha i kubek parzy w dłonie
I tej herbaty, i tych gór mam dość
(Wołosatki)

Nie wiem czemu, ale przyszedł mi do głowy ten kawałek... chyba coś mnie na sentymenty bierze, niedobrze ;) Tytuł oczywiście w nawiązaniu - choć bardzo luźnym, bo zgadzała się właściwie tylko plucha. Mowa o weekendzie, gości nie brakowało, a zarówno herbaty, jak i gór nigdy dość! Wręcz przeciwnie, w chwili obecnej marzę o jednym i o drugim - w kolejności dowolnej. Póki co była Jura i dwa niesamowicie intensywne dni.

Wypatrując jurkowego samochodu, muszę nieustannie ścierać z okularów krople deszczu. Potem, już w drodze, pogoda będzie zmieniać się jeszcze kilka razy - to dając, to odbierając nadzieję na w miarę bezbolesne cieszenie się plenerową imprezą. Gdy dodatkowo napotykamy roboty drogowe, przez głowę przelatuje mi myśl "żeby tylko Jurek się na własną prelekcję nie spóźnił". Obawy zdecydowanie przedwczesne - timing mamy idealny, na parking Małych Dolomitów zajeżdżamy na kilka minut przed rozpoczęciem pierwszej prelekcji.

Kompleks Małe Dolomity gości dziś imprezę pod hasłem "Piękno gór - K2". Wśród prelegentów Ryszard Pawłowski, Danuta Piotrowska, Krzysztof Wielicki i Jerzy Natkański wraz z Piotrem Tomalą. W niedzielę zaś okoliczne skały opanują wspinacze rywalizujący w ramach Memoriału im. Tadeusza Piotrowskiego.

Koszulki promujemy z dumą! (Piotr Tomala, Olga Nabrdalik, Jerzy Natkański, ja, Monika Kurowska)

W siąpiącej mżawce wypakowujemy z auta, co potrzeba i ruszamy w stronę charakterystycznego zielonego namiotu. Zastanawialiśmy się nad frekwencją... i nie jest źle. A później będzie tylko lepiej ;) Chwilę później witamy się już z Moniką i Piotrkiem. Okazuje się, że nastąpiły pewne zawirowania w programie i prelekcja chłopaków nieco się opóźni. Jest więc czas na rozdawanie karabinków, picie kolejnych herbat (aura niestety nadal nie rozpieszcza), uleganie zgubnym nałogom. I rozmowy, plotki, ploteczki... Jest wesoło - w końcu pogoda jest w nas :)

Gdy zaczyna się prelekcja Jurka i Piotrka, namiot pęka już w szwach. Chcąc mieć szansę na sensowne zdjęcia, musimy dostać się na sam przód i przykucnąć na podłodze. W tym roku żaden festiwal nie może obyć się bez tematu zimowej wyprawy na K2 i programu PHZ. W Hucisku Jurek skupia się na zrelacjonowaniu tegorocznej wyprawy unifikacyjnej. Tłem opowieści są jak zwykle piękne zdjęcia Piotra. Potem przychodzi czas na część filmową - najpierw z letniego K2 (Ta muzyka! Za każdym razem uwielbiam coraz bardziej.), a potem... z wakacji w Łebie pod Broad Peakiem (Bawi nawet przy entym oglądaniu, jestem żywym dowodem.). I pytania, duuużo pytań. A jak są pytania, to znaczy, że jest dobrze!



Prelekcja Jurka Natkańskiego i Piotrka Tomali 


Małe Dolomity mają swój klimat, nawet w odsłonie mglistej i deszczowej. Patrzenie na otulone mgłą skały z perspektywy zadaszonego tarasu z kubkiem herbaty/piwem/winem/papierosem (co kto woli) potrafi być całkiem przyjemne - oczywiście nie za długo, bo ziiimno ;) Zaglądamy też do środka. Tam uwagę zwracają przede wszystkim bogato wyposażona górska biblioteczka (dwa wielkie regały pełne książek!) i archiwalne zdjęcia ze zbiorów Danuty Piotrowskiej. No i temperatura - wreszcie nam ciepło...

Ale ale - czas ruszać! Dokąd? A nie, nie do Warszawy... dzięki uprzejmości Moniki i Piotrka mogę zostać na Jurze do niedzieli (jeszcze raz dziękuję!). Przenosimy się kilka kilometrów dalej, do Szkoły Podstawowej w Łutowcu - weekendowej bazy wypadowej KW Lublin. Kolejne magiczne miejsce - ale o tym może za chwilę :) Na razie nieco onieśmielona i oszołomiona wchodzę do środka. Nie znam oczywiście nikogo.

Nieocenieni Monika i Piotrek pokazują mi, co i jak, przedstawiają wszystkich i wszystkim - i pierwsze lody szybko pękają. Potem już z górki - gitara, śpiewy, rozmowy. Wesoło trzaskające drewno w kominku, sala rozgrzana do czerwoności. Czas jakby się zatrzymuje. A nie wiem jeszcze, że najbardziej niesamowite doświadczenie tego wieczoru przede mną!

Gitara przy ognisku... tfu, kominku!
"Agata, idziesz na mszę?" - pyta Piotrek. Patrzę na niego, jakby co najmniej wyrosła mu trzecia głowa. Jest sobota, grubo po 21, w miejscowości, która do największych metropolii raczej nie należy. W sali trwa już nieźle rozkręcona impreza. Jaka msza?! "Na górze" - dodaje, jakby to cokolwiek zmieniało. Zaczynam tłumaczyć, że ja to tak nie bardzo, że nie teraz, że jakoś głupio. "No chodź, będzie fajnie, zobaczysz." - kwituje Piotr. Idę. (I bardzo za to namawianie dziękuję.)

Wchodzimy po schodach do ciasnego pokoiku. Jest nas bodajże siódemka. Mszę - jak to mszę - odprawia ksiądz, wiadomo. Szybka metamorfoza jednego z poznanych dzisiaj członków Klubu i możemy zaczynać. Na stoliku prowizoryczny ołtarz, palą się świeczki. Jest... niesamowicie. Piętro niżej zabawa trwa, ale ja mogłabym być równie dobrze tysiąc kilometrów stąd. Istnieje tylko cichy głos, gęste, gorące powietrze i szelest przewracanych kartek. Skupienie i koncentracja - żeby wstawać i klękać w odpowiednim momencie, wracają na wpół zapomniane modlitwy. Do tego Biblia założona naklejką Fundacji Kukuczki - i tak się jakoś ciepło na sercu robi.

Doświadczenie czegoś ulotnego, nieuchwytnego, nie do opisania. Moment, kiedy myślę, że naprawdę jest w tej religii miejsce dla każdego. A potem odpalam internet, włączam telewizor i szybko mi przechodzi.

KW Lublin w komplecie... A ja po drugiej stronie aparatu :)
Zejście na dół jest jak portal do alternatywnej rzeczywistości. Wieczór tak naprawdę dopiero się zaczyna... W telewizorze miejsce pingwinów z Madagaskaru zajął mecz Polska-Dania (uff, udało się). Następuje zdjęcie grupowe. Zebranie prawie trzydziestu osób choć przez chwilę w jednym miejscu i objęcie ich jednym aparatem wydaje się zadaniem ponad siły, ale udaje się :) Potem mniej lub bardziej poważne rozmowy (o dziwo z przewagą tych drugich). O górach i o życiu, o ludziach i o zwierzętach. Padają propozycje i obietnice. Czas rozciąga się, jakby był z gumy.

Przy którymś kolejnym wyjściu celem dotlenienia się zauważam pięknie wygwieżdżone niebo, co daje nadzieję na lepsze (pogodowo) jutro. Monia z Piotrkiem prowadzą mnie... khm, w stronę światła. "Oglądałaś Hobbita? Albo czytałaś?" - pytają. Ano zdarzyło się. Gdy podchodzimy bliżej, widzę praktycznie wyrastającą z ziemi... chatkę Hobbita! Z gustownym umeblowaniem, strojami z minionej epoki i wypchanym dzikiem imieniem Zuzia :) Kolejny przejaw magii tego miejsca.



Poranek jak zwykle nadchodzi zbyt szybko. Koło siódmej jestem już zupełnie rozbudzona, więc niechętnie zwlekam się z łóżka, choć niemal wszyscy dookoła jeszcze smacznie śpią. Z niejakim zdziwieniem zauważam na zewnątrz dwa śpiwory (zapewne zawierające ich właścicieli). Pogoda zdecydowanie nie zachęca do noclegów pod gwiazdami... gwoli ścisłości, nad Łutowcem wisi obecnie dość ponura mgła. Następne godziny mijają na kolejnych herbatach i rozmowach z powoli budzącymi się ludźmi ;)

Potem przychodzi czas na doskonalenie umiejętności kulinarnych (jajecznica podobno nie była trująca, a kuchnia nie wybuchła!). We trójkę jesteśmy właściwie sami, bo reszta... poszła się wspinać, jak to w Klubie Wysokogórskim ;) Ja w trakcie dwóch weekendowych pobytów na Jurze widziałam dotychczas skały tylko z daleka, ale cóż - do trzech razy sztuka! Wcale nie narzekam: przy kominku i kartach też jest bardzo miło. No, pomijając może fakt, że muszę uciekać przed wściekłym mopem :D

Próby na slacku... A obok jurta.
Drugim niesamowitym doświadczeniem tego weekendu był slackline. Jest to taśma zawieszona między drzewami w niewielkiej odległości nad ziemią. I cała zabawa - jak łatwo się domyślić - polega na tym, żeby po slacku przejść. Nie, żeby to było proste - mój rekord wynosi mniej więcej kilka kroków (przy czym kilka równa się bardziej trzy niż dziewięć). Dlatego z niejakim szacunkiem i leciutką zazdrością patrzyłam na akrobacje Piotrka, któremu udało się pokonać całą długość slacka...

Główna trudność polega na tym, że to draństwo się strasznie trzęsie! Gibie, ucieka na boki i zachowuje się jak wyjątkowo narowisty wierzchowiec. No dobra, tak naprawdę to dopiero ruch naszych nóg wprawia taśmę w drgania - ale zawsze łatwiej zrzucić winę na czynniki niezależne, nie? Sprawę ułatwia nieco zdjęcie butów i skarpetek... na bosaka jakoś łatwiej wczepić się w slacka. Niestety już chodzenie boso po zimnej trawie do największych przyjemności nie należy - coś za coś ;) Dlatego z niejaką ulgą zakładam w końcu z powrotem buty, by zapakować się do auta - choć bardzo żal, że czas już wyjeżdżać...

Piotrek potrafi! :D
Szkoła Podstawowa w Łutowcu sama w sobie jest miejscem magicznym. Uczy się w niej zaledwie kilkoro dzieci, które mają jednak do dyspozycji regały pełne książek, specjalne mebelki w dziecięcym rozmiarze i niemal nieograniczoną przestrzeń do zabawy na zewnątrz. Do tego chatka Hobbita i pieczołowicie odwzorowana jurta... Czego chcieć więcej? Zawsze powtarzam jednak, że to nie miejsce tworzy klimat, a ludzie. A gdy cudowne miejsce połączyć z fantastycznymi ludźmi, to wychodzi przepis na weekend idealny! Dziękuję, że mogłam spędzić go z Wami :)

Podróż do Lublina mija szybko i wesoło, choć troszkę upodobniamy się do sardynek w puszce ze względu na sporą ilość poupychanych gdzie się dało plecaków. Zaliczamy kolejne „wiktoriańskie wnętrze” celem zjedzenia obiadu (wspomnienia z Lądka wracają!), po czym omawiając zależność charakteru kierowcy od koloru jego samochodu pokonujemy kolejne kilometry ;) Gdy zbliżamy się już do celu, zostaję w przyspieszonym tempie wyedukowana w kwestii infrastruktury i zabudowy tego pięknego miasta… Drodzy Współpasażerowie, pozostaje mi tylko pogratulować Wam dystansu do położenia Lublina na mapie Polski. (I wpadnę kiedyś po deszczu popatrzeć na te pływające ulicami balie!) Potem już tylko szybka podróż czerwonym rumakiem (vide Polski Bus) i witaj deszczowa stolico...

(Większość zdjęć pochodzi z fanpage'a Klubu Wysokogórskiego Lublin.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz