czwartek, 24 maja 2018

Find your getaway, czyli przygoda w wielkim mieście

O festiwalu Getaway wiedziałam niewiele. Ale to i dobrze - w zasadzie wystarczało mi tyle, że organizuje go fajna ekipa pozytywnie zakręconych ludzi. To zwykle gwarantuje dobrą imprezę :)

Wróciłam... zachwycona. Niewyspana, zmęczona, podrapana, ale przeszczęśliwa. Stojąca na niesamowicie wysokim poziomie organizacja, multum atrakcji, ciekawe prelekcje i filmy, piękna pogoda, no i świetne towarzystwo - wszystko to zagrało idealnie.

Dziewczyny w komplecie ;) fot. Kamila Gajewska
Getaway Festival to impreza nowa i chyba pierwsza taka na mapie Poznania. Słowo "outdoor" pojawia się w jej nazwie nieprzypadkowo - ten festiwal to zdecydowanie więcej niż prelekcje w dusznych salach i stoiska na zimnych korytarzach :)

Były hamaki. Dużo przytulnych hamaków we wszystkich kolorach tęczy. Obok nich - slackline. Wąska taśma zawieszona kilkanaście czy kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. I uwierzcie mi na słowo, przejść całą długość slacka to nie lada sztuka. Poza tym - dmuchana ścianka wspinaczkowa dla małych i dużych. Ach, zapomniałabym - jeszcze rowery.

fot. Kamila Gajewska
Kolejne atrakcje czekały nad Wartą. Czekał WartaCamp - czyli kilkanaście namiotów gotowych na przyjęcie strudzonych festiwalowiczów na nocny wypoczynek. Dalej strefa wodna, gdzie wypożyczyć można kajak albo spróbować swoich sił na SUPie. Do tego o poranku coś dla ciała i ducha - czyli joga, a wieczorem... lot balonem. Ach, jeszcze spływ kajakowy i bieg na orientację. I pewnie jeszcze kilka aktywności, o których zapomniałam.

Tak tak, to wciąż ta sama impreza! A nie wspomniałam nawet o prelekcjach i filmach, czyli tym, co stanowi o sile większości festiwali. Na tym polu organizatorzy też nie mieli się czego wstydzić. Można było posłuchać m.in. opowieści Krzysztofa Starnawskiego, Krzysztofa Wielickiego, Janusza Gołębia czy Piotra Pustelnika.

fot. Asia Wójcik
A mówią, że od przybytku głowa nie boli... Tymczasem od samego patrzenia na program mogło się w głowie zakręcić! No nic, coś trzeba wybrać. Szczególnie, że przecież w perspektywie było jeszcze stoisko Fundacji - gdzie wypadałoby, żeby ktoś jednak był :) Jednak udało się podzielić pracą tak, że nikt nie wyjechał z Poznania z niedosytem.

W sobotę szykowałam się w zasadzie na jedną prelekcję - Kamili Kielar. Odkąd usłyszałam tę dziewczynę na festiwalu w Rzeszowie, z niecierpliwością czekałam na kolejną okazję do posłuchania o kolejnej niesamowitej wyprawie. Tym razem Kamila opowiadała o samotnym przejściu Pacific Crest Trail - bagatela 4300 kilometrów przez Stany od granicy z Meksykiem aż po Kanadę.Ciągnie się przez trzy stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton. Każdy z nich oferuje jedyne w swoim rodzaju krajobrazy, przygody i doznania. Wije się przez pustynie i lasy deszczowe, wspina się na ośnieżone szczyty i przekracza rwące rzeki. A wraz z nim wszyscy śmiałkowie, którzy pragną zmierzyć się z jednym z najdłuższym szlaków Ameryki Północnej. I nie dajcie się zwieść sielskim kadrom - w 2017 Pacific Crest Trail pochłonął kilkanaście istnień, głównie podczas przepraw przez strumienie.


Prelekcja... wbiła mnie w krzesło. I żadne himalajskie szczyty, żadne mrożące krew w żyłach opowieści o szczelinach, żadne lawiny nie pozostawiły mnie w takim osłupieniu. Nie sprawiły, że musiałam zbierać szczękę z podłogi. Nie pytajcie mnie, dlaczego... nie wiem. Może dlatego, że ten rodzaj wyzwania jawi mi się jako mimo wszystko bardziej dostępny? Bo przecież wystarczy "tylko" iść? Oczywiście, złudne to wrażenie. Nie oceniłabym wyprawy Kamili niżej od zdobywania najwyższych gór świata. W ogóle bym ich nie porównywała, bo się zwyczajnie nie da.

Z zapartym tchem oglądałam filmik z przekraczania jednej z rzek, który otwiera oczy. Pokazuje, jak w ułamku sekundy z sytuacji - wydawałoby się - pełnej kontroli można przejść do walki o życie. Jak niewiele trzeba, by stracić grunt pod nogami i zostać porwanym przez rwący nurt. Emocjonujący obraz w połączeniu ze spokojnym komentarzem Kamili robił naprawdę niesamowite wrażenie. Poza tym zdjęcia - a każde takie, że z przyjemnością oprawiłabym je w ramkę i powiesiła na ścianie. No i opowieści - w sumie o codzienności. O codziennej drodze, o ludziach spotkanych na szlaku, o różnych terenowych przeszkodach. Tyle, że codzienność nieco różni się od tej warszawskiej ;) Bardzo doceniłam również kilka chwil poświęconych etyce takich wypraw - temacie niezbyt chętnie podejmowanym przez prelegentów. A przede wszystkim bardzo ciekawe uwagi na temat - cóż, dotyczący w ten czy inny sposób nas wszystkich - publikowania w mediach społecznościowych.

fot. Getaway Festival
Walka trwa :D fot. Kamila Gajewska
Jak już pozbierałam wszystkie zęby, to... poszłam pogubić je znowu na slacku. Zawieszona kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią taśma ma niesamowite właściwości przyciągające. Jeśli chociaż raz spróbuje się zrobić kilka kroków na slacku, to trudno będzie się oderwać. Spędziliśmy wokół dwóch slackline'ów długie godziny, próbując utrzymać równowagę na rozchybotanej taśmie. Pewne sukcesy na tym polu odniosłam - wieczorem udawało się czasem zrobić już nie trzy, a osiem czy nawet dziesięć niepewnych kroków. Okupiłam to co prawda dwoma nieprzyjemnymi zderzeniami z ziemią (a naprawdę niewiele brakowało, żebym stłukła do tego okulary) - ale było warto :D

Późnym popołudniem festiwalowy korytarz obiegła wiadomość - można polecieć balonem! Z początku wcale nie paliłam się do tej idei - lecieć gdzieś wysoko, w tym malutkim drewnianym koszu? Nie ma mowy! Gdy jednak okazało się, że cała przejażdżka trwa jakieś trzy minuty, a balon jest uwiązany do ziemi - błyskawicznie decyduję, że nie można przepuścić takiej okazji :) Poszłyśmy więc z Asią i Kamilą nad Wartę, zlokalizowałyśmy balon, ale niestety... nigdzie nie poleciałyśmy, bo zbyt silnie wiało. Udało się przy drugiej próbie. Zmierzchało, gdy oderwałyśmy się od ziemi. Było świetnie, tylko szkoda, że tak krótko. Gdy już odważyłam się wyprostować nogi, zaczęłam z kolei obawiać się, że płomień spali mi włosy. Szczęśliwie obyło się bez strat własnych i w pamięci pozostały mi głównie piękne widoki Poznania o zmierzchu.

fot. Kamila Gajewska
Wieczorem impreza. Też nad rzeką, jakieś kilkanaście kroków od campingu, także problem trafienia do łóżka odpada. Długie rozmowy, śmiechy, wszędzie wokół znajome twarze. Potem jeszcze nocne zwiedzanie Poznania. Gdy wróciłam do namiotu, akurat zaczynało świtać. Szybko zrobiło mi się koszmarnie zimno, ale w stanie półsennego letargu nie byłam w stanie zmobilizować się, by sięgnąć po kolejną bluzę. Zresztą niebawem zaczęło przygrzewać słońce i namiot zamienił się w saunę.

Śpiące królewny fot. Kamila Gajewska
Rano szybko - zanim organizm zorientował się, jak bardzo jest niewyspany - zebrałam się, pożyczyłam matę i ruszyłam na jogę. Daleko nie miałam, bowiem zajęcia odbywały się na trawie nad samą rzeką. O tak, tego mi było trzeba! Chociaż po spędzonej w niewygodnej pozycji nocy mój poziom rozciągnięcia był wyjątkowo żenujący, i tak spędziłam świetne półtorej godziny. Szczególnie relaksacja w promieniach słońca, gdy źdźbła trawy łaskotały mnie w stopy, a pod plecami czułam nagrzaną ziemię, była wyjątkowo przyjemna :)

Dalszy ciąg leniwej niedzieli upłynął na kolejnych zmaganiach ze slackiem, polegiwaniem na hamaku - no i oczywiście w pełnej gotowości na stoisku ;) Popołudniu wybrałam się jeszcze posłuchać opowieści Wojtka Grzesioka o zdobyciu Denali Filarem Cassina. No i co tu dużo mówić - było przyjemnie i zabawnie, jak to na prelekcjach Kaniona :) Uciekamy z Poznania, zanim na
meczu Legia-Lech zaczęło robić się gorąco... Do następnego, to był piękny czas!

fot. Getaway Festival

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz