Jeszcze jako nastolatka zaczytywałam się w książce Jaśka Meli "Poza horyzonty". Podziwiałam Jaśka, jego niespożytą energię i chęć zmieniania świata. Niesamowicie imponowały mi jego osiągnięcia. Skoro Jasiek - bez ręki i nogi - może podróżować, zdobywać góry i bieguny oraz przebiec maraton - to niby dlaczego ja nie?
Czytałam więc o zdobywaniu Bieguna Północnego i Południowego, Kilimandżaro i Elbrusa, czytałam o El Capie i maratonie nowojorskim, czytałam o działalności w fundacji... Ale nie wiedzieć czemu moją uwagę przykuł szczególnie niepozorny rozdzialik poświęcony pracy w Norwegii. Konkretnie - na Lofotach. Zobaczyłam zdjęcia kolorowych domków na tle wysokich gór wyrastających prosto z morza - i przepadłam. Wiedziałam, że po prostu MUSZĘ tam kiedyś pojechać.
Jednak marzenia mają to do siebie, że często przegrywają z prozą życia. Kończyłam wtedy szkołę podstawową i o samodzielnych podróżach mogłam tylko (nomen omen) pomarzyć, a moja rodzina nie pałała szczególną miłością do północnych krain, gdzie ciemno, zimno i do domu daleko ;) Na nieokreślony czas odłożyłam więc marzenia na półkę.
Zanim do nich wróciłam, z pewnością zdążyły się już pokryć kurzem i pajęczynami. Ale wróciłam - dziesięć lat później. Kiedy zgadałam się z Arturem, że on też chciałby zobaczyć Skandynawię, nasze plany na wakacje wykrystalizowały się bardzo szybko. Od początku wiadomo było, że podróżować będziemy autostopem (choć żadne z nas nie miało w tym doświadczenia), a spać będziemy głównie pod namiotem. Początkowo rozważaliśmy jeszcze couchsurfing, ale kiedy na kilka zapytań nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi - bez większego żalu zarzuciliśmy ten pomysł i postanowiliśmy ograniczyć się jedynie do kupionego specjalnie na tę okazję przenośnego domku.
Pierwotny plan zakładał przejechanie całej Norwegii aż po Nordkapp i powrót przez Szwecję. W międzyczasie jednak z różnych powodów zdecydowaliśmy się wracać przez Finlandię i kraje bałtyckie, więc ostatecznie nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:
Na Nordkappie zależało chyba bardziej Arturowi niż mnie, ale oboje trzymaliśmy się zasady, że to droga jest celem. Jeśli nie uda się dotrzeć na najbardziej wysunięty na północ punkt w Europie (swoją drogą, to akurat nie jest Nordkapp, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam - trudno. I tak będzie fajnie. Ograniczał nas czas - na całą podróż daliśmy sobie trzy tygodnie. Oczywiście z pewnym marginesem błędu, ale możliwie niewielkim. Jakimś cudem udało się co do dnia! Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało - przy totalnej nieprzewidywalności jeżdżenia autostopem, wielokrotnych zmianach planów i różnych nieprzewidzianych utrudnieniach (jak na przykład utknięcie na dodatkowy dzień na wyspie, bo okazało się, że prom przypływa tylko raz dziennie :D)...
No dobra - po tym nieco przydługim wstępie chyba możemy wreszcie ruszać. Z przyciężkimi, wyładowanymi po brzegi plecakami meldujemy się chwilę przed północą na wrocławskim dworcu. W głowie kłębiło mi się mnóstwo sprzecznych uczuć. Z jednej strony ekscytacja, że TO naprawdę się dzieje, z drugiej strony strach przed nieznanym. No i do samego odjazdu pociągu obawiałam się, że coś jednak pójdzie nie tak i nie pojedziemy ;) Na szczęście ruszyliśmy bez problemów, a monotonne stukotanie kół szybko ukołysało mnie do snu...
Nie jest szczególną tajemnicą, że Norwegia jest koszmarnie droga, a w Szwecji czy w Finlandii jest zresztą niewiele lepiej. Dlatego staraliśmy się zabrać możliwie dużo jedzenia ze sobą. Mieliśmy też kuchenkę, a nawet tabletki do uzdatniania wody (nie przydały się). A z jedzonka? Kisiele, budynie, zupy w proszku, kilka gotowych dań w torebce typu kaszotto, sporo batoników, kilka czekolad, kaszę w torebkach, kuskus... Tuż przed odpłynięciem promu zrobiliśmy jeszcze "normalne" zakupy na najbliższe dni. Wyjedliśmy wszystko, do Wrocławia wrócił tylko osamotniony sproszkowany żurek, który gdzieś się zapodział ;)
| Gdzieś tam jest Szwecja... |
Aż w końcu jest... Szwecja. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Konkretnie urokliwe miasteczko Ystad, w którym mieszkał Kurt Wallander - bohater bestsellerowych kryminałów Henninga Mankella, w których swego czasu się zaczytywałam. Po zejściu na ląd szybkim krokiem ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg. Ostatecznie rozbiliśmy się na plaży i po szybkiej kolacji błyskawicznie zasnęliśmy, kołysani tym razem szumem fal.
Rankiem okazało się, że nieopodal naszego namiotu stał... znak "zakaz biwakowania" :D W zapadających ciemnościach nie zauważyliśmy go wczoraj. Cóż, dobrze, że nikt nas nie pogonił. Intencje mieliśmy dobre, specjalnie odeszliśmy od miasteczka najdalej, jak się dało, ale wygląda na to, że zakaz obowiązywał na całej plaży. Chcąc nie chcąc, musieliśmy przejść niemal przez całe miasto, aby dostać się na wylotówkę w kierunku Malmö. Tamtejsza starówka, składająca się z zadbanych, kolorowych domków i kamieniczek, robi naprawdę przyjemne wrażenie, ale my myślami byliśmy już przy największym wyzwaniu dzisiejszego dnia: złapaniu pierwszego stopa :D
I faktycznie, bynajmniej nie było to łatwe. Kilkukrotnie zmienialiśmy miejsce czy sposób łapania stopa (kciuk/kartka), aż wreszcie zatrzymała się dla nas kobieta, która podrzuciła nas do Malmö. Gdy dowiedziała się, że Artur studiuje astronomię, bardzo chciała się dowiedzieć, czy interesuje się także astrologią ;) Niestety, postanowiła wysadzić nas na poboczu drogi szybkiego ruchu tuż przed miastem, argumentując, że jedzie do niebezpiecznej dzielnicy i nie chce nas tam zostawiać. Wszystko działo się bardzo szybko i zanim się zorientowaliśmy, staliśmy już na poboczu, a koło nas migały jadące z zawrotną prędkością auta. Złapać się tam niczego nie dało (zresztą nawet nie wolno), więc wdrapaliśmy się na wał, przedarliśmy przez krzaki i - wylądowawszy wreszcie na chodniku - skierowaliśmy się do miasta. Tam kolejne przeboje - najpierw próbowaliśmy za rondem w dzielnicy, gdzie w zasięgu wzroku mieliśmy w zasadzie tylko muzułmanów, po kilkudziesięciu minutach przenieśliśmy się na parking i dopiero wtedy udało nam się wyjechać z Malmö. Potem trafiło nam się jeszcze kilka krótszych przejazdów i dzień zakończyliśmy na stacji mniej więcej w połowie drogi do Göteborga.
Mieliśmy nadzieję, że uda się ruszyć choć odrobinę dalej, bo niespecjalnie widzieliśmy perspektywę na rozłożenie namiotu. Niestety, ruch był niewielki i wkrótce stało się jasne, że utknęliśmy tu na noc. Wyszukaliśmy więc sobie spłachetek ziemi w maleńkim zagajniku między stacją, drogą a chodnikiem i poszliśmy spać, modląc się, żeby nikt nas stamtąd nie pogonił.
Po pierwszym dniu podróżowania autostopem mieliśmy dwie refleksje.
1. Czemu nikt nam nie powiedział, że przy łapaniu stopa trzeba się tyle nachodzić? Chyba nigdy nie zdarzyło nam się zejść poniżej 10 tysięcy kroków, a bardzo często było to 15 czy 25. Albo i więcej.
2. Google Maps - a w szczególności Google Earth - naszym najlepszym przyjacielem. Co my byśmy zrobili bez możliwości nawigacji, wyszukiwania odpowiednich zatoczek i sprawdzania, jak daleko do nich jest...? Zginęlibyśmy niechybnie.
W pewnym momencie naprawdę straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ruszymy się z tej cholernej stacji. Artur postanowił wykorzystać lokalną infrastrukturę do umycia zębów, ja czekałam z plecakami. Nawet nie wystawiałam kciuka ani kartki. Wtem zatrzymał się samochód. Pobiegłam, facet chciał nas zabrać, tylko mówił, że dość mocno się spieszy. Powiedziałam, że "my friend is in the toilet", on odparł, że sorry, ale czekać nie może. Ruszył. W tym samym momencie zobaczyłam, że Artur wychodzi ze stacji, machnęłam do niego rozpaczliwie, zaczął biec. Facet chyba w lusterku zobaczył, co się dzieje, zahamował. W rekordowym tempie zebraliśmy rzeczy, wsiedliśmy. Ufff. Ten cudowny Szwed nawet nie wiedział, jak bardzo go w tym momencie kochaliśmy.
Potem było już łatwiej. Ze stacji pod Göteborgiem zabrał nas sympatyczny młody Arab, który częstował nas bliskowschodnimi przysmakami, puszczał bliskowschodnią muzykę i prawie w ogóle nie mówił po angielsku. (A to zdarza się w Norwegii ekstremalnie rzadko. W czasie naszej dwutygodniowej podróży po tym kraju spotkaliśmy się z takim zjawiskiem dwa razy - jednym z nich był ów Arab, drugim - starszy pan, na oko sporo po osiemdziesiątce.) Wysiedliśmy kilka kilometrów przed granicą z Norwegią i tam spotkał nas kolejny tego dnia szczęśliwy traf - zatrzymał się dla nas Polak! Młody chłopak, który mieszka i pracuje w Oslo, zagadał do nas po angielsku, że jedzie co prawda do Oslo i może nas zabrać, ale ma jeszcze po drodze do załatwienia kilka sprawunków. Zaczęliśmy się naradzać między sobą po polsku, a on wtedy: "O siema, trzeba było tak od razu, wsiadajcie!".
Jak wielu Norwegów mieszkających w pobliżu granicy, przyjechał do Szwecji na zakupy. Ceny w Szwecji także nie są zbyt przystępne dla polskiego portfela, ale dopiero w Norwegii są "fucking crazy prices", jak oznajmił nam jeden ze szwedzkich kierowców. Idąc za jego radą, również zrobiliśmy zakupy w dobrze wyposażonym markecie. O dziwo, całkiem sensowne ceny znaleźliśmy na półce z polskimi produktami. Po drodze do Oslo sporo rozmawialiśmy. Szczególne wrażenie zrobiła na nas wysokość norweskich mandatów. Na przykład za wcale nie tak znaczne przekroczenie dozwolonej prędkości można otrzymać karę opiewającą na kilkanaście tysięcy koron (kilka tysięcy złotych)!
W Oslo skorzystaliśmy z gościnności naszego kierowcy i udało nam się wziąć prysznic i zasiąść na chwilę na miękkej kanapie ;) Och, cóż za luksusy! Nie chcieliśmy jednak marnować czasu i możliwie szybko zebraliśmy się na zwiedzanie stolicy. Zarówno z braku czasu, jak i z braku pieniędzy, a także z braku ochoty, nie zamierzaliśmy odwiedzać muzeów i innych płatnych atrakcji. Po wykupieniu z bólem serca dobowego biletu na komunikację miejską (w przeliczeniu ponad 50 złotych), skierowaliśmy się więc do centrum, żeby obejrzeć panoramę miasta ze słynnego dachu Opery.
Widok faktycznie robi wrażenie - z jednej strony ciemne wody Oslofjordu upstrzonego mniejszymi i większymi wysepkami, półwysep Bygdøy ze słynnymi muzeami: Muzeum Łodzi Wikingów, muzeum Kon-Tiki czy muzeum statku polarnego Fram. Dalej panorama całego miasta, w której udało nam się wypatrzeć skocznię na wzgórzu Holmenkollen. Po dogłębnym przestudiowaniu widoku przemieściliśmy się na chwilę odpoczynku na schodkach na nabrzeżu, bo sam dach Opery jest - jak na norweskie standardy - całkiem zatłoczony.
![]() |
| Taka tam katedra... |
![]() |
| ...a obok niej slack :D |
Park Frogner zajmuje całkiem spory teren i jest naprawdę sympatycznym i zadbanym terenem zielonym, ale najatrakcyjniejsza pod względem turystycznym jest niewątpliwie część zwana parkiem Vigelanda, gdzie można obejrzeć kilkaset rzeźb autorstwa tegoż rzeźbiarza. Moja znajomość sztuki, a już w szczególności rzeźby, plasuje się mniej więcej na poziomie minus sto, ale wizyta w parku Vigelanda była prawdziwą przyjemnością. Niektóre rzeźby są nieco prowokacyjne i trudno nie myśleć o nich w kontekście erotycznym. Do myślenia skłania też na pewno umieszczona w centralnym punkcie Monolitten - kolumna stworzona z setek splecionych ze sobą ciał. Uroku temu miejsca na pewno przydawała wszechobecna soczysta zieleń i kwitnące, różnobarwne kwiaty.
Z obserwacji pozarzeźbiarskich: obydwoje zwróciliśmy uwagę na mnóstwo biegaczy w najróżniejszym wieku i o najróżniejszych kształtach. Fajnie!
Wcześniej tego dnia zastanawiałam się, gdzie przyjdzie nam nocować. Zdecydowanie nie chcieliśmy płacić za camping, natomiast nie bardzo mieliśmy pomysł, jak rozstawić namiot w środku wielkiego miasta :D Z pomocą przyszedł nam internet. Szukając atrakcji w Oslo, natknęłam się na wzmiance o wyspie Langøyene, jedynej w bezpośredniej bliskości miasta, na której można legalnie biwakować. I to był strzał w dziesiątkę! Na wyspę można dostać się promem, co początkowo nieco mnie zmartwiło ze względu na koszty, ale szybko okazało się, że przeprawy promowe zawierają się w cenie biletu na komunikację miejską. Idealnie!
Sprawdziliśmy wcześniej godziny połączeń i celowaliśmy w to ostatnie, żeby mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie miasta. Podróż niewielkim promem linii B4 trwała kilkadziesiąt minut, a po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na wyspie Gressholmen. Przez cały czas towarzyszyły nam piękne widoki, z początku na oddalającą się twierdzę Akershus i panoramę miasta, a później prym wiodła już woda, wybrzeże i mijane wyspy i wysepki. Mijaliśmy typowo skandynawskie, kolorowe domki (na pewno kojarzycie je z pocztówek) i nieco już przerzedzone grupki ludzi korzystające z ciepłego, lipcowego dnia.
| Mijamy twierdzę Akershus |
Langøyene składała się pierwotnie z dwóch wysepek, ale obecnie są one połączone szerokim pasem zieleni służącym jako miejsce do wypoczynku i rozmaitych aktywności na świeżym powietrzu. Kierując się za wyraźnymi znakami, szybko trafiliśmy na miejsce przeznaczone do biwakowania. Rozbiliśmy namiot i ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie: cisza, spokój, porządek, nic się nie dzieje. Mimo tego, że namiotów jest kilkadziesiąt i nikt tego zbiorowiska nie pilnuje. Do tego całkiem porządna (jak na darmowy camping) infrastruktura sanitarna. Wyobrażacie sobie taką sytuację u nas?
Po kolacji (pewnie jakaś zupka z proszku to była ;)) ponownie przekroczyliśmy przestrzeń łączącą obie wyspy, zaszliśmy na piaszczystą plażę i pomoczyliśmy łapki w wodzie (wcale nie taka zimna), po czym przenieśliśmy się na drugą wyspę. W trakcie dnia koło plaży działa kiosk z lodami, napojami i innymi przekąskami, ale o tej porze był już zamknięty. Na wyspie znajduje się rezerwat przyrody, więc nie można obejść jej wkoło. Za to na południowym krańcu można znaleźć plażę nudystów ;) My ograniczyliśmy się do krótkiego spaceru po skałach, gdzie zasiedliśmy, by ponapawać się ciszą i pięknymi widokami. W tym momencie wcale nie żałuję, że nie stać nas na nocleg w hotelu :)
![]() |
| "Nasza" wyspa |
| Pas zieleni pomiędzy wyspami |
| Sorry za bałagan ;) |












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz