wtorek, 7 kwietnia 2020

Skandynawski dziennik cz.2 (Trolltunga, Bergen)

Rankiem pobiegliśmy na pierwszy prom, żeby jak najszybciej ruszyć dalej. Powoli uczyłam się doceniać strony hitchwiki i nomadwiki - kopalnie wiedzy na temat tego, gdzie najlepiej łapać stopa, rozstawić namiot albo złapać darmowy internet. Teraz też skorzystałam z pomocy hitchwiki, gdzie znalazłam stację, z której złapaliśmy pierwszego dzisiaj stopa. A była to... ciężarówka. Było to o tyle niezwykłe, że ciężarówka ma zwykle tylko jedno miejsce dla pasażera, więc zabranie naszej dwójki kwalifikowało się pod solidny mandat. Tym razem jednak kierowca zlitował się nad nami, przestrzegając jedynie Artura, który usiadł między siedzeniami, żeby w razie czego chował się przed policją. Drobną niedogodnością okazał się jedynie fakt, że przewoził on... śmieci, co było dość wyraźnie wyczuwalne ;)

Heddal stavkirke, czyli największy spośród kościołów klepkowych w Norwegii

Potem mieliśmy za to przemiłą przejażdżkę ze starszym panem, który najpierw zaproponował nam pokazanie pięknego kościoła w swoim miasteczku, wyszukał nam wygodną zatoczkę do dalszego stopowania, a na odchodne poczęstował nas owocami, które przywiózł z pracy i poprosił o wspólne zdjęcie. My w podziękowaniu podarowaliśmy mu pocztówkę, których kilkanaście zakupiłam we Wrocławiu przed wyjazdem.

Wjechaliśmy w góry!
Tak to można łapać stopa :)
Przystanek autobusowy - tego typu wiatki często oddawały nam nieocenione usługi, chroniąc przed słońcem
Mniejszymi lub większymi skokami posuwaliśmy się do przodu. Naszym celem była malutka miejscowość Tyssedal - baza wypadowa na Trolltungę. Drżeliśmy więc o zawartość naszych plecaków, które zażywały właśnie deszczowego prysznicu na przyczepce, podziwialiśmy piękne górskie widoki (dzięki pani, która zaproponowała nam, że pojedzie starą, "górną" drogą, zamiast nowej, prowadzącej tunelem). Wreszcie wjechaliśmy w góry! Na pierwszym planie mieliśmy owce pasące się na zielonym zboczu, dalej ośnieżone szczyty. Przyssałam się do szyby i podziwiałam... Na przedostatniego stopa czekaliśmy obok hotelu, położonym przepięknie nad jeziorem otoczonym górami. Widoki były obłędne, więc chyba nie rozpaczalibyśmy zbytnio, gdyby przyszło nam tu nocować. Późnym wieczorem udało nam się jednak dotrzeć do Tyssedal.

Tam stanęliśmy przed kolejnym dylematem. Od parkingu pod Trolltungą dzieliło nas jeszcze siedem kilometrów krętej szosy pod górę. Z jednej strony godzina była już późna (chyba koło 22), z drugiej - w samym Tyssedal, które leży tuż nad fiordem, zupelnie nie było gdzie się rozbić. Chcąc nie chcąc, ruszyliśmy więc powoli do góry, licząc, że po drodze znajdziemy miejsce na nocleg, albo - jakimś cudem - złapiemy stopa na opustoszałej drodze. I oto stał się cud! Po kilku kilometrach usłyszeliśmy nadjeżdżający z dołu samochód. Pomachaliśmy, zatrzymał się, okazało się, że jedzie na parking po znajomych, którzy schodzą z Języka Trolla. No dobrze, a właściwie dlaczego akurat Trolltunga, a nie na przykład Preikestolen czy Kjeragbolten (inne bardzo znane punkty widokowe)? Po prostu - była po drodze. Wiedzieliśmy, że chcemy zwiedzić Bergen, więc

Na parkingu wpadła nam do głowy nieco szalona myśl - może chodźmy od razu na górę? Warto w tym momencie wspomnieć, że w lipcu na tej szerokości geograficznej słońce zachodzi jedynie na kilka krótkich godzin, a i wtedy jest raczej szaro niż zupełnie ciemno. Poszliśmy. Początkowo droga wiedzie asfaltem, a na krótkim odcinku pokonuje się przewyższenie około 400 metrów, także można się nieco zmęczyć. Mniej więcej w połowie drogi zrobiliśmy przerwę na posiłek regeneracyjny - na kolację kuchnia serwowała kanapki z nutellą ;) Później wychodzi się na plateau, na którym znajduje się kilka domków - tak zwanych hytte.

Po chwili droga, wiodąca tym razem głównie po mniejszych i większych głazach, ponownie zaczyna się wznosić. Oznaczono ją kamiennymi kopczykami, a także czerwoną literką T wymalowaną od czasu do czasu na kamieniach. Od pewnego momentu wspomagaliśmy się także mapami Google'a. Powoli zaczynałam odczuwać trudy wędrówki. Podchodzenie po kamieniach albo osuwającej się spod nóg ścieżce w panującej szarówce nie należało do najprzyjemniejszych. Z drugiej strony jakoś nie chciało nam się wyciągać czołówek (szczerze mówiąc, chyba nie odpaliliśmy ich ani razu w trakcie całej podróży) ;) Wspinaliśmy się więc coraz wyżej, ze znużeniem popatrując na pojawiające się co kilometr tabliczki. Ostatnim fragmentem podejścia jest wielka pochyła płyta, za nią trasa znacząco się wypłaszcza. Uszliśmy jeszcze kilkaset metrów, ale w zapadających ciemnościach mieliśmy coraz większy problem z odnalezieniem właściwej drogi, a nie chcieliśmy przez przypadek skąpać się w jednym z licznych jeziorek. Gdy w pewnym momencie niemal o zawał przyprawił nas... ptak, który z przeraźliwym skrzekiem zerwał się zza kamienia, uznaliśmy, że to najwyższy czas, żeby się zatrzymać.

Nie rozkładaliśmy nawet namiotu, położyliśmy się po prostu na większym głazie na karimatach, przykrywając się jednym śpiworem. Była mniej więcej 2 w nocy. Przedrzemaliśmy tak jakieś trzy godziny, po czym przegonieni zimnem ruszyliśmy dalej. Na szczęście zdecydowaną większość przewyższenia mieliśmy już za sobą. Po drodze mijaliśmy coraz więcej namiotów, a i widoki zaczynały robić się coraz bardziej spektakularne. Nie narzucaliśmy sobie zbyt wysokiego tempa, bo i nie było takiej potrzeby - dzień dopiero wstawał, a my byliśmy już naprawdę blisko. Nasz optymizm rozwiał się jednak szybko wraz z nadciągającą mgłą... Gdy dotarliśmy na miejsce, widoczność była ograniczona do kilkunastu metrów. Co z tego, że mieliśmy Język Trolla tylko dla siebie, skoro ledwo go widzieliśmy?
Mgła podnosiła się i opadała...
Na pocieszenie dostałam moje pierwsze widmo Brockenu ;)
Stwierdziliśmy, że nie ma mowy - nie po to jechaliśmy taki kawał, żeby zobaczyć mgłę :D Poczekamy, choćbyśmy mieli tu biwakować! Urządziliśmy więc sobie prowizoryczne obozowisko, ugotowaliśmy zupkę i udaliśmy się na drzemkę. W przyświecającym słonku temperatura stała się nawet znośna. Ludzi powoli przybywało, a mgła zaczęła wznosić się i opadać w coraz większych interwałach czasowych. W końcu widzieliśmy choć fragmenty okolicznych gór, a czasem udawało się ujrzeć nawet kawałek rozciągającego się pod nami jeziora. Z każdą minutą rozwiewało się coraz bardziej. Z ociąganiem ustawiliśmy się w rosnącej kolejce (tak, do zdjęcia na Trolltundze trzeba stać w sezonie nawet kilkadziesiąt minut), uznając, że na lepsze widoki chyba nie możemy liczyć. Dogadaliśmy się z kimś za nami, żeby zrobił nam zdjęcie.

Znajdź 5 różnic :D

Samo wejście na Język Trolla wygląda tak, że z początku trzeba zejść kilka stopni po drabince, potem kilka kroków (byle z dala od krawędzi) i już. Sama półka jest dość szeroka i czułam się na niej bezpiecznie, choć siadanie z nogami opuszczonymi w przepaść zdecydowanie wychodziło poza moją strefę komfortu i Arturowi też tego zabroniłam :P Potem przenieśliśmy się jeszcze nieco niżej, gdzie jest drugi, nieco mniej spektakularny "język", a także sympatyczny kamień, na którym można wygodnie stanąć czy usiąść. Tam żadnej kolejki już nie ma ;)

Drugi język ;)

I backstage sesji :D
Zdjęcia wyszły prawie idealnie! Za nami jest tylko jedna, niewielka chmurka i bezkresna, zapierająca dech w piersiach panorama... Warto było czekać! Po sesji zdjęciowej żwawym krokiem ruszyliśmy na dół, jako że chcieliśmy spróbować jeszcze dzisiaj dotrzeć do Bergen. W czasie zejścia mieliśmy okazję podziwiać w pełnej krasie krajobrazy, które wcześniej tonęły we mgle lub w ciemności. Zupełnie inaczej prezentowało się na przykład plateau, które w świetle słonecznych wyglądało naprawdę pięknie. Ogromna przestrzeń otoczona górami, upstrzona plamkami malutkich jeziorek zasługujących raczej na miano kałuży, drzewkami i krzewami, mniejszymi i większymi głazów, w końcu domkami letniskowymi. Na ostatnim fragmencie zejścia dopadł mnie potężny kryzys. Noga za nogą dreptałam po asfalcie, a odległości między kolejnymi tabliczkami (ustawionymi co kilometr) wydłużały się w nieskończoność. Przy każdym kroku w udach odzywały się nieprzyjemne skurcze. Czułam się naprawdę koszmarnie - podejrzewam, że było to efektem połączonego działania nieprzespanej nocy, zmęczenia kilkugodzinną wędrówką, ciężkiego plecaka i panującego upału (gdy wieczorem obejrzałam swoją twarz w lustrze, nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać - przybrała w większości barwę dojrzałego pomidora).

Przed wejściem na Trolltungę trochę o niej poczytałam. W zasadzie był to chyba błąd. Niemal wszędzie trasa opisywana jest jako wymagająca, trudna i w ogóle bez supermocy nie podchodź. No nie do końca. Osobiście najbardziej bałam się ekspozycji, która w połączeniu z ciężkim plecakiem mogłaby okazać się problematyczna. Otóż jedyna ekspozycja, której nie bardzo da się uniknąć, występuje na samym Języku - chociaż to też jest całkiem szeroka półka, więc bez przesady. Poza tym przepaście oglądamy tylko z bezpiecznej odległości. Przy dobrej pogodzie i suchej skale w zasadzie nie ma też potrzeby używać rąk (poza drabinką, ale to dosłownie dwa ruchy).



Obiektywną trudnością może okazać się spore przewyższenie i odległość. Droga w dwie strony to około 28 kilometry i prawie 800 metrów przewyższenia, czas przejścia szacuje się na około 10-12 godzin. Ze względu na nasz nietypowy styl wędrówki nie będę się wypowiadać co do czasu, ale uważam, że jest to absolutnie do przejścia dla każdego o chociaż względnej kondycji - a ewentualne niedostatki w tej materii można zawsze nadrobić wcześniejszym wyjściem. Mówię tu oczywiście cały czas o dłuuugim letnim dniu i dobrej pogodzie. Początek podobno przebiega stromą ścieżką w lesie, ale my jakoś na nią nie trafiliśmy - asfaltem także szło się całkiem wygodnie. Po drodze co kilometr rozmieszczone są tabliczki informujące, ile nam zostało. Na trasie jest awaryjny schron - ot, mała drewniana chatka, do środka nie zaglądaliśmy. Biwakować można dopiero od pewnego momentu, już za plateau - wcześniej obowiązuje "no tent zone". Po drodze można spokojnie uzupełnić zapasy wody, za to warto zabrać na pewno solidną porcję jedzenia na cały dzień - kanapek po drodze nie sprzedają. Ruch w ciągu dnia jest spory, ale moim skromnym zdaniem - jeśli kiedykolwiek szliście latem nad Morskie Oko, to tutaj zaskoczy Was przyjemna pustka ;) W każdym razie - warto, po stokroć warto! Oczywiście zawsze należy zachować rozsądek, ale nie przestraszcie się opisów, w których Trolltunga urasta do rangi co najmniej Mount Everestu...

Po zjechaniu z powrotem do Tyssedal musieliśmy wykonać dziwny manewr. Miejscowość położona jest pomiędzy dwoma tunelami, pomiędzy nimi jest może kilkaset metrów. I niestety nie ma żadnego dogodnego miejsca do łapania stopa w stronę Bergen. Po ponad godzinnej próbie próbie zatrzymania jakiegokolwiek auto, postanowiliśmy... złapać coś w przeciwną stronę. Przejechaliśmy przez tunel do sąsiedniej, sporo większej miejscowości Odda. Tam ustawiliśmy się na przystanku i po niedługiej chwili jechaliśmy już w kierunku Bergen :) Zabrali nas... wspinacze, którzy musieli wcześniej upchnąć linę i szpej do bagażnika. Po drodze przejrzeliśmy ich przewodnik wspinaczkowy, ale że był po norwesku, to ograniczyliśmy się do obejrzenia obrazków. Wypytaliśmy chłopaków o wspinanie w Norwegii, obdarowaliśmy pocztówką i rozstaliśmy się w Voss, w którym pod koniec czerwca odbywa się podobno znany festiwal sportów ekstremalnych.

Potem na dwa razy udało nam się dotrzeć do Bergen. Ostatni dzisiejsi kierowcy podrzucili nas niemal dokładnie na miejsce - czyli tam, gdzie wskazał nam Bartek, kolega Artura mieszkający w Bergen. Czekał nas luksusowy nocleg - w mieszkaniu, na łóżku! A do tego na kolację zjedliśmy pizzę - no niebo :) Dokładniejsze oględziny w łazienkowym lustrze jasno wykazały przyczynę koszmarnego pieczenia twarzy - ewidentnie nie wytrzymała wielogodzinnej konfrontacji z palącym norweskim słońcem. Cóż, do wesela się zagoi ;)

Widoki z twierdzy Bergenhus
Następny dzień spędziliśmy w Bergen. Rano, gdy już udało nam się wyrwać z objęć łóżka, ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwsze kroki skierowaliśmy mniej więcej w stronę zabytkowego kwartału Bryggen. To te kolorowe domki, które widzicie na większości pocztówek z Bergen ;) Jednak jako że szliśmy "na czuja" - w końcu nigdzie nam się nie spieszyło - natrafiliśmy po drodze na ruiny twierdzy Bergenhus. Odpuściliśmy wszelkie płatne elementy (sala Hakona, wieża Rosenkrantza), ale uważam, że i tak warto było poświęcić pół godziny na spacer po pozostałościach twierdzy - z góry roztacza się bardzo ładny widok na miasto i port. Trafiła nam się świetna pogoda - co w Bergen, które słynie z opadów deszczu, należałoby uznać za wyjątkowe szczęście. Zresztą w ogóle w trakcie całej podróży narzekaliśmy na upał i słońce niż na chłód i deszcz.

Im bliżej dzielnicy Bryggen, tym większe obserwowaliśmy zagęszczenie ruchu turystycznego. Same domki wyglądają naprawdę uroczo. Są drewniane (co powodowało częste pożary - dzielnica wielokrotnie płonęła i była odbudowywana), kolorowe i pięknie odrestaurowane, a spacerując pomiędzy nimi wąskimi chodnikami i obserwując pochylone ze starości ściany, można naprawdę poczuć klimat dawnej Hanzy. Nawet pomimo przeciskających się wraz z nami tłumów. Wewnątrz ukrytych jest mnóstwo sklepików, o dziwo urządzonych zwykle ze smakiem i pozbawionych pamiątek "made in China". Oczywiście ceny wystrzelone w kosmos, więc sprawiłam sobie tylko pocztówkę.


Kolejnym punktem programu był Fisketorget, czyli targ rybny, który znajduje się tuż przy nabrzeżu. Możemy spróbować tam wszystkiego, co tylko można wyłowić z morza... a nawet więcej, bo w ofercie są też na przykład kanapki z mięsem renifera. My skusiliśmy się na spróbowanie fiskeboller, czyli pulpetów rybnych. Na targu kupimy także warzywa i owoce, a nawet tekstylia. Dość wielofunkcyjne miejsce ;) Polecam także po prostu pospacerować po nabrzeżu, popatrzeć na przepływające statki, obejrzeć kolorowe Bryggen z różnych perspektyw... Po zwiedzaniu, nieco okrężną drogą (poszukując taniego sklepu) wróciliśmy do mieszkania. Korzystając z dobrej jakości internetu, zgraliśmy zdjęcia na dysk, a korzystając z współdzielonej przez wszystkich mieszkańców pralni (co jest zresztą typowo norweskim rozwiązaniem) zrobiliśmy pranie.

Po południu czekała nas z kolei dawka aktywności fizycznej - wędrówka na najwyższe spośród otaczających Bergen wzgórz - Ulriken. Wzgórz tych jest siedem, a chyba najpopularniejsze wśród nich jest Fløyen, na które można wjechać kolejką - a do tej kolejki ustawia się w sezonie imponująca kolejka, którą widzieliśmy również w trakcie naszego pobytu. Na Ulriken także poprowadzono kolejkę, ale jest to kolejka linowa (na Fløyen wagoniki jeżdżą po szynach).

My z żadnej kolejki korzystać nie zamierzaliśmy. Zarówno ze względu na ceny, jak i z przekonania. Do pokonania mieliśmy pewnie około 600 metrów przewyższenia (Ulriken ma 642 m n.p.m., a startujemy prawie z poziomu morza), więc jak na popołudniową wycieczkę całkiem sporo. Na szczęście nie groziło nam szybkie zapadnięcie ciemności :) Początkowo szliśmy przez miasto, ale już pod górę - parkiem, potem chodnikiem, który w pewnym momencie przeszedł w żwirową ścieżkę. Dookoła mieliśmy las przetykany skałami, a im wyżej, tym bardziej ta proporcja się odwracała. Końcowy fragment podejścia stanowiły drewniane stopnie - oj, zmordowały mnie te schody niemożliwie! (Choć jednocześnie doceniałam, że jak rzadko kiedy nie musieliśmy targać ze sobą plecaków.)


Jednak nagroda była warta pokonania tych kilkuset stopni. Na wyciągnięcie mieliśmy panoramę całego Bergen, oblewającego je Morza Północnego i otaczających je gór. To wszystko przy perfekcyjnej lampie, na niebie nie było ani jednej chmurki. Do tego pod nami znajdował się stadion, na którym rozgrywano akurat mecz, więc mimo że sam stadion był z tej perspektywy wielkości znaczka pocztowego, doskonale słyszeliśmy okrzyki, oklaski albo jęki zawodu. Po krótkim odpoczynku przy górnej stacji kolejki wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer na właściwy szczyt. Główną trudnością było mijanie się z owcami na wąskiej ścieżce... Ostatnie kilkanaście metrów prowadzi po skale, co sprawiło nam z Arturem sporo  frajdy :D

Z Ulriken można wyruszyć na dalszą wędrówkę po okolicznych górach - można na przykład urządzić sobie spacer na Fløyen. Z mojej perspektywy była to łatwa i przyjemna, choć nieco męcząca popołudniowa wycieczka - ale zapewne przy gorszej pogodzie, zalegającej pokrywie śnieżnej czy sporym mrozie może się z tego zrobić prawdziwa wyrypa. Zeszliśmy inną drogą - momentami bardzo stromą ścieżką przez las. Do schodzenia była super, sporo się działo - korzenie, skałki, stromizna, osuwające się kamyczki - ale podchodzić to bym tamtędy nie chciała. Wieczorem podłączyliśmy na zapas do ładowania wszystkie urządzenia - bo jutro mieliśmy ruszać dalej!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz