piątek, 10 kwietnia 2020

Skandynawski dziennik cz.3 (przez góry do Trondheim i dalej do Narviku)

Z Bergen na północ można dostać się w zasadzie dwiema drogami. Pierwsza opcja to jazda wzdłuż wybrzeża do Ålesund i dalej niezwykle widowiskową i widokową tzw. Drogą Atlantycką. Drugą opcją jest powrót do głównej drogi E6, która biegnie właściwie przez cały kraj. I na tą właśnie wersję zdecydowaliśmy się, licząc, że napotkamy tam większy ruch. Ruszyliśmy więc przez góry. Tego dnia trafiały nam się głównie krótsze stopy, a i my nie mieliśmy w zasadzie konkretnego celu, do którego chcielibyśmy dotrzeć. Zupełnym przypadkiem przejechaliśmy na przykład przez tunel Lærdal - podobno najdłuższy drogowy tunel na świecie (24,5 km). Pod ziemią znajdujemy się przez co najmniej kilkanaście minut, mijając w kilku miejscach podświetlone różnymi kolorami ściany i... objeżdżając rondo. Tak, rondo w tunelu. Chyba właśnie wtedy zaczęłam poważnie zastanawiać się, jak radzą sobie w Norwegii osoby z klaustrofobią. Jeszcze w Szwecji usłyszeliśmy od jednego z kierowców pół żartem, pół serio, że jedyne, co Norwegowie potrafią to fucking tunnels ;)

Kolejna przeprawa promowa...
Potem trafiła się jeszcze przeprawa promowa (też totalny standard). Płatność za przeprawy wygląda różnie - czasem jest inkasowana od samochodu, czasem od osoby. Jednak zdecydowanie najmilej wspominamy ostatniego tego dnia stopa - zabrało nas starsze włoskie małżeństwo, które podróżowało po Norwegii kamperem. (Prawdę mówiąc, przebywanie w części mieszkalnej kampera w czasie jazdy też nie jest chyba jadalne.) Tym razem przez okna widzieliśmy już nie tylko ciemne wody fiordów, ale też naprawdę wysokie góry. Po obu stronach drogi roztaczały się parki narodowe Jotunheimen i Jostedalsbreen, w których możemy odnaleźć szczyty sięgające ponad dwóch tysięcy metrów, lodowce i imponującej wielkości wodospady. Było naprawdę pięknie, właściwie cały czas miałam nos przyklejony do szyby
.
Wodospad zza szyby kampera - prawdopodobnie Feigefossen, drugi najwyższy w Norwegii
Włosi wysadzili nas w dolinie, tuż nad fiordem, oferując nam na pożegnanie pojemniczek z truskawkami (biorąc pod uwagę tutejsze ceny, nie byle jaki rarytas!). My tradycyjnie odwdzięczyliśmy się pocztówką z Wrocławia. Z racji dość późnej godziny i uroku okolicy poważnie zastanawialiśmy się, czy nie poszukać tu miejsca na nocleg. Nasze rozważania przerwał odgłos zatrzymującego się na żwirowym poboczu samochodu. Okazało się, że to "nasz kamper". Włochom z jakiegoś powodu nie spodobał się tutejszy camping i oferowali nam dalszą podwózkę. Droga pięła się coraz wyraźniej pod górę, a ciągłe zakręty mogły przyprawić o zawroty głowy, podobnie zresztą jak widoki ;) W pewnym momencie nie zdążyłam odpowiednio szybko złapać się stolika i przewróciłam się na podłogę kampera, dość boleśnie tłukąc sobie łokieć. Pani Włoszka bardzo się przejęła, kilka razy dopytywała, czy na pewno wszystko dobrze - aż mi było głupio. Do tego przez przypadek wgniotłam im truskawkę w dywanik :P

Widoki z namiotu
Hotel Turtagrø i owieczki
Nasi kierowcy wiedzieli, że szukamy miejsca na nocleg i postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Zatrzymali się na niewielkim wypłaszczeniu i spytali, czy tu nam odpowiada. Widoki były obłędne. Z jednej strony ośnieżone góry, z drugiej pionowe zbocza opadające do niewidocznego stąd fiordu, który mijaliśmy. Nieopodal stał hotel Turtagrø, a po drugiej stronie drogi widzieliśmy kilkanaście rozbitych namiotów. Pewnie, że nam odpowiadało! Po raz kolejny pożegnaliśmy się z przesympatycznym małżeństwem i zajęliśmy się wyszukaniem odpowiedniego miejsca pod namiot. Niestety teren był nieco kamienisty, a jednocześnie trochę podmokły, co odrobinę utrudniało zadanie. Gotując kolację, poczuliśmy różnicę wysokości wyrażającą się przede wszystkim w temperaturze. Cóż, byliśmy niemal 900 metrów nad poziomem morza. Myślę jednak, że odrobina chłodu jest niewielką ceną za nocleg pod milionem gwiazdek :)

Rankiem obudziło nas delikatne dzwonienie. Okazało się, że środkiem szosy dostojnie przechadzało się stado owiec, podzwaniając przy okazji zawieszonymi na szyi dzwoneczkami. Uznaliśmy, że póki co nie ma sensu stawać przy drodze - ruch był zerowy. Trzeba było poczekać, aż turyści z położonych niżej miejscowości zbiorą się i ruszą podziwiać górskie widoki. Z przyjemnością grzaliśmy się więc w słoneczku. Za nami pysznił się Storen - trzeci co do wysokości szczyt Norwegii i najwyższy spośród tych, które wymagają umiejętności wspinaczkowych. Jednak okolice hotelu są świetną bazą wypadową także do wielu łatwiejszych wycieczek, niewymagających specjalistycznych umiejętności. Mimo wszystko należy być przygotowanym na zalegający nawet latem śnieg, a już na pewno błoto. Dlatego (jak również z powodu braku czasu) my i nasze siateczkowe buty odpuściliśmy sobie wędrówki. Sam hotel Turtagrø już od końca dziewiętnastego wieku był miejscem spotkań przewodników, turystów i wspinaczy. Obecnie jest jednak głównie dość luksusowym miejscem aktywnego wypoczynku (cena za dwuosobowy pokój w wysokim sezonie to ponad tysiąc złotych).

Góry z punktu widokowego...
...i góry już tylko zza okna
Tak się jakoś złożyło, że znowu zabrał nas kamper. Okazało się, że wczorajsze podjazdy to był dopiero początek - jadąc krętą i wąską szosą, nadal zdobywaliśmy wysokość. Najwyższym punktem na trasie jest położona 1400 metrów n.p.m. stacja turystyczna Krossbu, z której organizowane są między innymi wycieczki na lodowiec. My jednak zatrzymaliśmy się nieco wcześniej przy punkcie widokowym, żeby i kierowca mógł nacieszyć oczy górami. Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej. Mogliśmy jeszcze pomachać przez okno w kierunku Galdhøpiggen, najwyższego szczytu Norwegii i zjechaliśmy już w dolinę.

Kościół klepkowy w Lom - ma super zdobienia w kształcie głów smoków :)
Później tego dnia, gdy Artur łapał stopa, chwyciłam komórkę i zaczęłam sprawdzać, co warto zobaczyć w Trondheim. Liczyłam, że uda nam się dotrzeć tam jeszcze dziś, choć do pokonania mieliśmy wciąż prawie 250 kilometrów. Po wpisaniu odpowiedniego hasła w Google jako pierwsza wyskoczyła informacja, że dziś w mieście odbywa się... koncert Metallici. Uznawszy to za ciekawy zbieg okoliczności, wróciłam do poszukiwań zabytków. Chwilę później zatrzymał się samochód. Tak, dobrze myślicie, kierowca jechał prosto do Trondheim - na koncert :) Po drodze sporo rozmawialiśmy - w znacznej części o górach. Norweg najpierw wypytał nas, skąd jedziemy, a potem zaczął opowiadać nam o okolicy i własnych wędrówkach. Podróż minęła błyskawicznie, a w mojej głowie zaczął kiełkować pomysł, żeby kiedyś w te okolice wrócić i porządnie zapoznać się z norweskimi pagórkami ;) Pierwsze skojarzenie z Trondheim? Katedra Nidaros. Tam też skierowaliśmy pierwsze kroki, zaraz po zapełnieniu żołądków kanapkami z dżemem i brunost.

W drodze do Trondheim nadal towarzyszą nam góry
Tutaj muszę chyba zrobić drobną dygresję i napisać o naszych zakupach spożywczych. Mimo wszystko trudno byłoby przeżyć trzy tygodnie na zupach i budyniach w proszku oraz batonikach. Dlatego też mniej więcej co dwa dni udawaliśmy się do jednego z norweskich supermarketów. Punktem wyjścia była oczywiście cena, co znacząco ograniczało możliwości. Co kupowaliśmy? Na pewno chleb - zwykle ten najtańszy, w granicach 8-10 koron. Dmuchany był okrutnie, ale gdy kilkakrotnie były tylko droższe i się na nie szarpnęliśmy - nie zauważyłam znaczącej różnicy. Widać norweskie pieczywo tak ma. Poza tym różne smarowidła - zaczynając od norweskiej wersji Nutelli (po powrocie przez kilka miesięcy nie mogłam patrzeć na kremy czekoladowe, ale Artur był wniebowzięty możliwością spożywania czekolady w ilościach hurtowych), przeplatanej od czasu do czasu jakimś dżemem, a kończąc na serku kanapkowym. Czasami zaopatrywaliśmy się też w brunost - typowo norweski ser o charakterystycznym brązowo-miodowym kolorze i smaku krówki połączonej z serem żółtym. Osobiście upodobałam sobie mleko czekoladowe (litrowy karton bywał w promocji za 19 koron) - choć traktowałam je raczej w kategoriach luksusu niż codziennej potrzeby. Kiedy skończyły nam się przywiezione z Polski słodycze, wyczaiłam w sklepie czekoladę do wypieków, która pod względem składu i smaku nie różniła się niczym, natomiast była 2-3 razy tańsza - czyli kosztowała mniej więcej tyle co u nas. Jeśli chodzi o rzeczy bardziej obiadowe, to do przywiezionej z Polski kaszy dorzucaliśmy zwykle jakiś sos albo przecier pomidorowy + groszek/kukurydza z puszki. Zabraliśmy ze sobą też podstawowe przyprawy. Na inne produkty pozwalaliśmy sobie bardzo okazjonalnie - dwa razy kupiliśmy sobie mrożoną pizzę, chyba raz czy dwa jakieś banany. Gwoli ścisłości - w czasie naszego pobytu złotówka odpowiadała mniej więcej dwóm koronom.

Nasza codzienna dieta ;)
Taka dieta towarzyszyła nam przez jakieś dwa tygodnie - w Finlandii, a już tym bardziej Estonii czy na Łotwie ceny były zdecydowanie znośniejsze. Na pewno zupki w proszku przegryzane kanapkami z nutellą trudno uznać za zdrowe odżywianie. Uważam jednak, że dwa tygodnie takiego jedzenia wielkiej krzywdy nam nie zrobiły, a żeby jeść zdrowo w Norwegii, musielibyśmy chyba potroić nasz budżet ;)

Kolejka na Metallikę + parasole zupełnie jak na Saskiej Kępie
Ale wróćmy jednak do Trondheim. Po drodze do katedry widzieliśmy ciągnącą się pewnie przez kilka przecznic kolejkę na koncert. Nidarosdomen przytłacza swoim ogromem - w końcu to największa świątynia w całej Skandynawii. Zachwyca także ilość detali, których nie będę nawet próbowała nazywać, co by się nie ośmieszyć... W internecie wyczytałam jednak, że na frontowej ścianie znajduje się dokładnie 57 rzeźb apostołów i świętych - nie liczyłam ;) Budowla powstała w XII wieku i do dziś koronuje się w niej kolejnych norweskich monarchów. Można swobodnie obejść ją dookoła, natomiast wstęp do środka jest oczywiście płatny (nie skorzystaliśmy). Nie wiem, na ile wpływ na to miała dość późna godzina (acz bez przesady, była jakaś 18), ale ludzi dookoła kręciło się bardzo niewielu. Można było poczuć spokój, ciszę i chłód bijący od monumentalnej gotyckiej katedry.


Następnym punktem programu był drewniany most Gamle Bybro i znajdujące się nieopodal Bryggen, nieco podobne do tego bergeńskiego. Osobiście chyba nawet bardziej upodobałam sobie nieco mniej znane kolorowe domy z Trondheim, które stoją na palach i przeglądają się w wodach rzeki Nidelvy. W przeszłości służyły jako magazyny, a współcześnie mieszczą się w nich zwyczajne mieszkania i biura. Chyba mam już pomysł, jak zagospodarować potencjalny spadek po dziadku z Ameryki ;)

Bryggene w Trondheim
Powoli zaczynaliśmy myśleć, jak przebić się do "naszej" drogi, która omija oczywiście Trondheim, ale na szczęście niezbyt szerokim łukiem. Wybraliśmy drogę nieco okrężną, ale za to prowadzącą przez dzielnicę Bakklandet, jedną z najstarszych w mieście. Pełno tam niewielkich, kolorowych domków, które przyozdabiają pełne pachnących kwiatów doniczki. Spacerując wąskimi uliczkami, mijaliśmy także urokliwe kawiarnie i sklepy. Następnie czekała nas wspinaczka na wzgórze, na którym znajduje się górująca nad miastem twierdza Kristiansen festning. Samą twierdzę widzieliśmy tylko z oddali, pomiędzy drzewami. Ciekawostka: w Trondheim znajduje się jedyna na świecie winda (a właściwie wyciąg) dla rowerzystów, która pomaga pokonać drogę na wzgórze - Sykkelheisen Trampe (na youtube można zobaczyć, jak to ustrojstwo działa, polecam ;)). Następnie, coraz bardziej oddalając się od centrum, zobaczyliśmy jeszcze z oddali Tyholttårnet, czyli wieżę telewizyjną. Na górze znajduje się restauracja, której górna kondygnacja obraca się, dzięki czemu w trakcie posiłku można podziwiać panoramę całego miasta.

Chyba mogłabym tu zamieszkać...
Z racji późnej godziny zastanawialiśmy się, czy nie przenocować w samym Trondheim - ja jednak nie byłam przekonana do spania w mieście, zresztą pod względem prawnym też jest to mocno wątpliwe. Ustawiliśmy się więc na przystanku i próbowaliśmy coś jeszcze złapać. No i prawie nam się udało... zatrzymał się samochód, więc wsiedliśmy nawet bez pytania, dokąd jedzie, bo chcieliśmy po prostu wyjechać poza miasto. Nacięliśmy się - chłopak miał na pewno dobre intencje, ale podwiózł nas jakieś pięć kilometrów, a potem wysadził za zjazdem z autostrady, w miejscu takim, gdzie absolutnie nie dało się łapać stopa... A najbliższe miejsce do wygodnego stopowania znajdowało się ni mniej ni więcej tylko... pięć kilometrów wcześniej. Tak, na piechotę wróciliśmy dokładnie tam, skąd przyjechaliśmy :D (Wspominałam już, że autostop - przynajmniej w Norwegii, gdzie nie ma szans, żeby auto zatrzymało się niezgodnie z przepisami - łączy się z dużą ilością chodzenia?)

Trawiasta plaża w Hell
Wkrótce jednak dopisało nam szczęście - zatrzymał się dla nas mężczyzna, który jechał na lotnisko. Lotnisko położone jest około 30 kilometrów od Trondheim, a tuż przed nim znajduje się miejscowość o dźwięcznej nazwie Hell, gdzie zdecydowaliśmy się wysiąść. (Podobno ludzie specjalnie przyjeżdżają tu pociągiem w Trondheim, żeby zrobić sobie zdjęcie przy tabliczce z nazwą stacji.) Jutro z samego rana zamierzaliśmy ruszać w dalszą drogę, więc nie chcieliśmy oddalać się za bardzo od szosy. Ostatecznie wylądowaliśmy na położonej nieopodal plaży. "Plaża" w miejscowym wydaniu składała się głównie z trawy, do tego była osłonięta krzewami od drogi i zabudowań - dla nas idealnie. Jedyny drobny mankament był taki, że dość mocno wiało.

Kolejnego dnia udało się w miarę sprawnie złapać dwa pierwsze stopy, każdy po kilkadziesiąt kilometrów. Jednak gdy młoda Niemka podróżująca po Skandynawii vanem wysadziła nas przy rodzinnym parku rozrywki w miejscowości Trones, zaczęły się schody. Czekaliśmy naprawdę długo. W międzyczasie zatrzymał się koło nas chłopak, jak się okazało miejscowy, który co prawda jechał tylko na drugi koniec miasteczka, ale zaoferował nocleg, w razie gdyby nie udało nam się ruszyć dalej. Stwierdził, że sam sporo jeździł na stopa i zawsze stara się odwdzięczyć. Było nam super miło i serdecznie mu podziękowaliśmy, ale mieliśmy jednak nadzieję, że do noclegu nie dojdzie, bo nasz dzisiejszy kilometraż nnie był zbyt imponujący. W końcu nasza cierpliwość została wynagrodzona i zatrzymał się... Polak, podróżujący z nastoletnim synem. Osobiście czerpałam sporą przyjemność z możliwości pogadania po polsku, bo choć rozmowy po angielsku wychodziły mi całkiem nieźle (lepiej niż myślałam!), to jednak wymagały o wiele więcej skupienia i koncentracji. Ze słuchu rozumiałam praktycznie wszystko, ale czasami musiałam włożyć więcej wysiłku, żeby w miarę sensownie wyrazić kłębiące się w głowie myśli ;)

Mężczyzna wytłumaczył nam, że ze względu na syna stara się nie pokonywać naraz zbyt wielu kilometrów. Z tego też powodu po około dwóch godzinach zatrzymali się na campingu, a my ruszyliśmy dalej wzdłuż drogi. Wyjątkowo kiepsko szło nam znajdowanie miejsca na nocleg - albo droga wiodła obok stromego zbocza opadającego wprost do jeziora, albo tuż obok znajdowały się zabudowania. Ostatecznie rozbiliśmy się na wyschniętym spłachetku ziemi. Teren był daleki od ideału - od szosy oddzielały nas jedynie rachityczne krzaczki i na styk zachowywaliśmy przepisową odległość stu metrów od najbliższych zabudowań. (W całej Skandynawii obowiązuje prawo nieskrępowanego dostępu do natury - oznacza to między innymi, że możemy rozłożyć namiot właściwie w dowolnym miejscu, o ile nie jest to własność prywatna, musimy ponadto znajdować się co najmniej 100 metrów od najbliższych zabudowań i nie możemy przebywać w jednym miejscu dłużej niż 2 noce.) Dłuższy czas nie mogłam zasnąć ze względu na szum przejeżdżających ciężarówek, do tego co jakiś czas wydawało mi się, że ktoś chodzi koło namiotu - taka schiza :(

Rankiem podeszliśmy kawałek, żeby znaleźć dogodną zatoczkę i znowu wystawiliśmy kciuki. Dość szybko zabrały nas dwie panie jadące do Mo i Rany. Jedna z nich stwierdziła, że dobrze, że staliśmy we dwójkę, bo tak trochę strach zabierać kogoś stojącego samotnie w środku lasu. Nie do końca przekonał mnie ten argument, ale grunt, że się zatrzymały ;) W Mo zrobiliśmy krótką przerwę na nineśmiertelne kanapki z nutellą, a potem pojechaliśmy dalej - tym razem z dziewczyną, która podróżowała kamperem z dwoma psami. Bardzo się uśmiała, kiedy powiedziałam jej, że przed wejściem zdążyliśmy pokłócić się o to, kto usiądzie z tyłu z psami, a kto koło niej (oczywiście lepiej przy psach!). Chyba obawiała się raczej, że psy będą nam przeszkadzać :P Trafiła nam się jeszcze przejażdżka z Amerykaninem, a potem, gdy łapaliśmy stopa w strugach deszczu, spotkało nas wyjątkowe szczęście - zatrzymał się przy nas wielki tir, z którym pojechaliśmy aż do Narviku (czyli jakieś 400 kilometrów)!

Po drodze do Narviku
Po drodze mieliśmy znów piękne widoki na norweskie góry (tym razem już trochę niższe), zaliczyliśmy kolejną przeprawę promową, a na końcu, dosłownie kilkanaście kilometrów przed miastem nasz przesympatyczny (częstował cukierkami <3), acz wybitnie małomówny kierowca oznajmił, że niestety wypada mu przerwa i tutaj zatrzymuje się na noc. Cóż zrobić, wysiedliśmy - i tak był to nasz najdłuższy dotychczasowy stop. Po drodze przekroczyliśmy także granicę koła podbiegunowego, oznaczoną charakterystyczną bramą nad szosą. Ostatecznie do Narviku dojechaliśmy z mocno starszym panem, który nie mówił słowa po angielsku i delikatnie rzecz ujmując - nie był najbardziej pewnym kierowcą. Tym niemniej droga na Lofoty - moje dziecięce marzenie - stała przed nami otworem! Na nomadwiki sprawdziłam, że niedaleko znajduje się podobno urokliwa plaża, gdzie moglibyśmy spróbować rozbić namiot, ale zdecydowaliśmy, że spróbujemy jeszcze coś złapać. Zależało, żeby dzisiejszą noc spędzić jednak na normalnym campingu - wypadałoby się wreszcie porządnie wykąpać i naładować telefony. Kolejne dwa dni planowaliśmy spędzić na Lofotach, gdzie aż żal byłoby nie skorzystać z miliona "dzikich" miejscówek z widokami za milion dolarów.

Na Nordkapp coraz bliżej...
I wtedy spotkała nas jedna z piękniejszych przygód tego wyjazdu. Zatrzymał się samochód. Van. No van jak van. W środku - uśmiechnięty szeroko facet w średnim wieku z burzą kręconych włosów. Wnętrze auta wyglądało jak skrzyżowanie scenografii z "Baśni tysiąca i jednej nocy" z meksykańskim folklorem i domieszką stylu hippie. Facet wyskoczył jak z procy, przerzucił jakieś graty, robiąc Arturowi miejsce z tyłu, ja usiadłam z przodu. Od razu zadeklarował, że zawiezie nas na camping, chociaż musiał w tym celu zjechać kilka kilometrów z drogi. Na campingu nieprzyjemna niespodzianka - nie było wolnych miejsc. Powiedzieliśmy - trudno, poradzimy sobie, pójdziemy spać jak zwykle, na dziko. On odparł, że to nie wchodzi w grę, że on nas tu tak nie zostawi, że musimy coś wymyślić. No to myśleliśmy. Następny camping kilkadziesiąt kilometrów dalej, a on zaraz chciał skręcać do granicy ze Szwecją. W końcu stanęło na tym, że pojedziemy kawałek w jego stronę - tam też był camping, a jutro będziemy mieć po prostu kilkanaście dodatkowych kilometrów do pokonania. Ruszyliśmy. Po drodze standardowa rozmowa: skąd jesteście, czym się zajmujecie? Powiedziałam, że studiuję. Po chwili dodałam: filologię serbską. Zwykle powodowało to śmiech i zadziwienie - bardzo dziwne, prawda? ;) Przyzwyczaiłam się - podobnie jak przyzwyczaiłam się do opowiadania historii o romantycznym przypadku, który powiódł mnie ku studiowaniu serbistyki we Wrocławiu.

Nasz kierowca... zatrzymał się na środku drogi. Zaczął walić rękami w kierownicę. Spojrzał na mnie roziskrzonymi oczami i... odezwał się po serbsku :D Okazało się, że urodził się w Belgradzie i tam spędził kilka pierwszych lat życia. Część jego rodziny pochodziła z kolei z Niemiec, gdzie obecnie mieszkał, natomiast aktualnie udawał się w interesach do szwedzkiej Kiruny. Całą historię rodzinną opowiedział mi po serbsku, wyraźnie rozkoszując się możliwością mówienia w ojczystym języku. Droga na camping minęła szybciej, niżbyśmy chcieli. Nasz kierowca upewnił się, że stąd nas nie wyrzucą, pożegnał się serdecznie i ruszył swoim kolorowym autem ku Szwecji.

Z campingu Hærsletta nikt nas wyrzucać nawet nie próbował, jako że biuro było zamknięte na głucho. Nic dziwnego - dochodziła 23. Znaleźliśmy więc sobie po prostu wolny spłachetek trawy, ugotowaliśmy późną kolację i skorzystaliśmy z kempingowych dobrodziejstw w postaci pryszniców ;) Niemiłą niespodzianką było konieczność płatności za ciepłą wodę - bodajże 10 koron za kilka minut. Marzyło mi się umycie głowy, ale musiałam z tym jeszcze poczekać - malutki domek mieszczący sanitariaty był jedynym ogrzewanym miejscem na campingu (nie zauważyłam żadnej "świetlicy"), a ja za bardzo bałam się przeziębienia, żeby z mokrymi włosami iść spać do zimnego namiotu. Zasypiałam za to z przyjemną myślą, że już jutro zobaczę wymarzone Lofoty!

wtorek, 7 kwietnia 2020

Skandynawski dziennik cz.2 (Trolltunga, Bergen)

Rankiem pobiegliśmy na pierwszy prom, żeby jak najszybciej ruszyć dalej. Powoli uczyłam się doceniać strony hitchwiki i nomadwiki - kopalnie wiedzy na temat tego, gdzie najlepiej łapać stopa, rozstawić namiot albo złapać darmowy internet. Teraz też skorzystałam z pomocy hitchwiki, gdzie znalazłam stację, z której złapaliśmy pierwszego dzisiaj stopa. A była to... ciężarówka. Było to o tyle niezwykłe, że ciężarówka ma zwykle tylko jedno miejsce dla pasażera, więc zabranie naszej dwójki kwalifikowało się pod solidny mandat. Tym razem jednak kierowca zlitował się nad nami, przestrzegając jedynie Artura, który usiadł między siedzeniami, żeby w razie czego chował się przed policją. Drobną niedogodnością okazał się jedynie fakt, że przewoził on... śmieci, co było dość wyraźnie wyczuwalne ;)

Heddal stavkirke, czyli największy spośród kościołów klepkowych w Norwegii

Potem mieliśmy za to przemiłą przejażdżkę ze starszym panem, który najpierw zaproponował nam pokazanie pięknego kościoła w swoim miasteczku, wyszukał nam wygodną zatoczkę do dalszego stopowania, a na odchodne poczęstował nas owocami, które przywiózł z pracy i poprosił o wspólne zdjęcie. My w podziękowaniu podarowaliśmy mu pocztówkę, których kilkanaście zakupiłam we Wrocławiu przed wyjazdem.

Wjechaliśmy w góry!
Tak to można łapać stopa :)
Przystanek autobusowy - tego typu wiatki często oddawały nam nieocenione usługi, chroniąc przed słońcem
Mniejszymi lub większymi skokami posuwaliśmy się do przodu. Naszym celem była malutka miejscowość Tyssedal - baza wypadowa na Trolltungę. Drżeliśmy więc o zawartość naszych plecaków, które zażywały właśnie deszczowego prysznicu na przyczepce, podziwialiśmy piękne górskie widoki (dzięki pani, która zaproponowała nam, że pojedzie starą, "górną" drogą, zamiast nowej, prowadzącej tunelem). Wreszcie wjechaliśmy w góry! Na pierwszym planie mieliśmy owce pasące się na zielonym zboczu, dalej ośnieżone szczyty. Przyssałam się do szyby i podziwiałam... Na przedostatniego stopa czekaliśmy obok hotelu, położonym przepięknie nad jeziorem otoczonym górami. Widoki były obłędne, więc chyba nie rozpaczalibyśmy zbytnio, gdyby przyszło nam tu nocować. Późnym wieczorem udało nam się jednak dotrzeć do Tyssedal.

Tam stanęliśmy przed kolejnym dylematem. Od parkingu pod Trolltungą dzieliło nas jeszcze siedem kilometrów krętej szosy pod górę. Z jednej strony godzina była już późna (chyba koło 22), z drugiej - w samym Tyssedal, które leży tuż nad fiordem, zupelnie nie było gdzie się rozbić. Chcąc nie chcąc, ruszyliśmy więc powoli do góry, licząc, że po drodze znajdziemy miejsce na nocleg, albo - jakimś cudem - złapiemy stopa na opustoszałej drodze. I oto stał się cud! Po kilku kilometrach usłyszeliśmy nadjeżdżający z dołu samochód. Pomachaliśmy, zatrzymał się, okazało się, że jedzie na parking po znajomych, którzy schodzą z Języka Trolla. No dobrze, a właściwie dlaczego akurat Trolltunga, a nie na przykład Preikestolen czy Kjeragbolten (inne bardzo znane punkty widokowe)? Po prostu - była po drodze. Wiedzieliśmy, że chcemy zwiedzić Bergen, więc

Na parkingu wpadła nam do głowy nieco szalona myśl - może chodźmy od razu na górę? Warto w tym momencie wspomnieć, że w lipcu na tej szerokości geograficznej słońce zachodzi jedynie na kilka krótkich godzin, a i wtedy jest raczej szaro niż zupełnie ciemno. Poszliśmy. Początkowo droga wiedzie asfaltem, a na krótkim odcinku pokonuje się przewyższenie około 400 metrów, także można się nieco zmęczyć. Mniej więcej w połowie drogi zrobiliśmy przerwę na posiłek regeneracyjny - na kolację kuchnia serwowała kanapki z nutellą ;) Później wychodzi się na plateau, na którym znajduje się kilka domków - tak zwanych hytte.

Po chwili droga, wiodąca tym razem głównie po mniejszych i większych głazach, ponownie zaczyna się wznosić. Oznaczono ją kamiennymi kopczykami, a także czerwoną literką T wymalowaną od czasu do czasu na kamieniach. Od pewnego momentu wspomagaliśmy się także mapami Google'a. Powoli zaczynałam odczuwać trudy wędrówki. Podchodzenie po kamieniach albo osuwającej się spod nóg ścieżce w panującej szarówce nie należało do najprzyjemniejszych. Z drugiej strony jakoś nie chciało nam się wyciągać czołówek (szczerze mówiąc, chyba nie odpaliliśmy ich ani razu w trakcie całej podróży) ;) Wspinaliśmy się więc coraz wyżej, ze znużeniem popatrując na pojawiające się co kilometr tabliczki. Ostatnim fragmentem podejścia jest wielka pochyła płyta, za nią trasa znacząco się wypłaszcza. Uszliśmy jeszcze kilkaset metrów, ale w zapadających ciemnościach mieliśmy coraz większy problem z odnalezieniem właściwej drogi, a nie chcieliśmy przez przypadek skąpać się w jednym z licznych jeziorek. Gdy w pewnym momencie niemal o zawał przyprawił nas... ptak, który z przeraźliwym skrzekiem zerwał się zza kamienia, uznaliśmy, że to najwyższy czas, żeby się zatrzymać.

Nie rozkładaliśmy nawet namiotu, położyliśmy się po prostu na większym głazie na karimatach, przykrywając się jednym śpiworem. Była mniej więcej 2 w nocy. Przedrzemaliśmy tak jakieś trzy godziny, po czym przegonieni zimnem ruszyliśmy dalej. Na szczęście zdecydowaną większość przewyższenia mieliśmy już za sobą. Po drodze mijaliśmy coraz więcej namiotów, a i widoki zaczynały robić się coraz bardziej spektakularne. Nie narzucaliśmy sobie zbyt wysokiego tempa, bo i nie było takiej potrzeby - dzień dopiero wstawał, a my byliśmy już naprawdę blisko. Nasz optymizm rozwiał się jednak szybko wraz z nadciągającą mgłą... Gdy dotarliśmy na miejsce, widoczność była ograniczona do kilkunastu metrów. Co z tego, że mieliśmy Język Trolla tylko dla siebie, skoro ledwo go widzieliśmy?
Mgła podnosiła się i opadała...
Na pocieszenie dostałam moje pierwsze widmo Brockenu ;)
Stwierdziliśmy, że nie ma mowy - nie po to jechaliśmy taki kawał, żeby zobaczyć mgłę :D Poczekamy, choćbyśmy mieli tu biwakować! Urządziliśmy więc sobie prowizoryczne obozowisko, ugotowaliśmy zupkę i udaliśmy się na drzemkę. W przyświecającym słonku temperatura stała się nawet znośna. Ludzi powoli przybywało, a mgła zaczęła wznosić się i opadać w coraz większych interwałach czasowych. W końcu widzieliśmy choć fragmenty okolicznych gór, a czasem udawało się ujrzeć nawet kawałek rozciągającego się pod nami jeziora. Z każdą minutą rozwiewało się coraz bardziej. Z ociąganiem ustawiliśmy się w rosnącej kolejce (tak, do zdjęcia na Trolltundze trzeba stać w sezonie nawet kilkadziesiąt minut), uznając, że na lepsze widoki chyba nie możemy liczyć. Dogadaliśmy się z kimś za nami, żeby zrobił nam zdjęcie.

Znajdź 5 różnic :D

Samo wejście na Język Trolla wygląda tak, że z początku trzeba zejść kilka stopni po drabince, potem kilka kroków (byle z dala od krawędzi) i już. Sama półka jest dość szeroka i czułam się na niej bezpiecznie, choć siadanie z nogami opuszczonymi w przepaść zdecydowanie wychodziło poza moją strefę komfortu i Arturowi też tego zabroniłam :P Potem przenieśliśmy się jeszcze nieco niżej, gdzie jest drugi, nieco mniej spektakularny "język", a także sympatyczny kamień, na którym można wygodnie stanąć czy usiąść. Tam żadnej kolejki już nie ma ;)

Drugi język ;)

I backstage sesji :D
Zdjęcia wyszły prawie idealnie! Za nami jest tylko jedna, niewielka chmurka i bezkresna, zapierająca dech w piersiach panorama... Warto było czekać! Po sesji zdjęciowej żwawym krokiem ruszyliśmy na dół, jako że chcieliśmy spróbować jeszcze dzisiaj dotrzeć do Bergen. W czasie zejścia mieliśmy okazję podziwiać w pełnej krasie krajobrazy, które wcześniej tonęły we mgle lub w ciemności. Zupełnie inaczej prezentowało się na przykład plateau, które w świetle słonecznych wyglądało naprawdę pięknie. Ogromna przestrzeń otoczona górami, upstrzona plamkami malutkich jeziorek zasługujących raczej na miano kałuży, drzewkami i krzewami, mniejszymi i większymi głazów, w końcu domkami letniskowymi. Na ostatnim fragmencie zejścia dopadł mnie potężny kryzys. Noga za nogą dreptałam po asfalcie, a odległości między kolejnymi tabliczkami (ustawionymi co kilometr) wydłużały się w nieskończoność. Przy każdym kroku w udach odzywały się nieprzyjemne skurcze. Czułam się naprawdę koszmarnie - podejrzewam, że było to efektem połączonego działania nieprzespanej nocy, zmęczenia kilkugodzinną wędrówką, ciężkiego plecaka i panującego upału (gdy wieczorem obejrzałam swoją twarz w lustrze, nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać - przybrała w większości barwę dojrzałego pomidora).

Przed wejściem na Trolltungę trochę o niej poczytałam. W zasadzie był to chyba błąd. Niemal wszędzie trasa opisywana jest jako wymagająca, trudna i w ogóle bez supermocy nie podchodź. No nie do końca. Osobiście najbardziej bałam się ekspozycji, która w połączeniu z ciężkim plecakiem mogłaby okazać się problematyczna. Otóż jedyna ekspozycja, której nie bardzo da się uniknąć, występuje na samym Języku - chociaż to też jest całkiem szeroka półka, więc bez przesady. Poza tym przepaście oglądamy tylko z bezpiecznej odległości. Przy dobrej pogodzie i suchej skale w zasadzie nie ma też potrzeby używać rąk (poza drabinką, ale to dosłownie dwa ruchy).



Obiektywną trudnością może okazać się spore przewyższenie i odległość. Droga w dwie strony to około 28 kilometry i prawie 800 metrów przewyższenia, czas przejścia szacuje się na około 10-12 godzin. Ze względu na nasz nietypowy styl wędrówki nie będę się wypowiadać co do czasu, ale uważam, że jest to absolutnie do przejścia dla każdego o chociaż względnej kondycji - a ewentualne niedostatki w tej materii można zawsze nadrobić wcześniejszym wyjściem. Mówię tu oczywiście cały czas o dłuuugim letnim dniu i dobrej pogodzie. Początek podobno przebiega stromą ścieżką w lesie, ale my jakoś na nią nie trafiliśmy - asfaltem także szło się całkiem wygodnie. Po drodze co kilometr rozmieszczone są tabliczki informujące, ile nam zostało. Na trasie jest awaryjny schron - ot, mała drewniana chatka, do środka nie zaglądaliśmy. Biwakować można dopiero od pewnego momentu, już za plateau - wcześniej obowiązuje "no tent zone". Po drodze można spokojnie uzupełnić zapasy wody, za to warto zabrać na pewno solidną porcję jedzenia na cały dzień - kanapek po drodze nie sprzedają. Ruch w ciągu dnia jest spory, ale moim skromnym zdaniem - jeśli kiedykolwiek szliście latem nad Morskie Oko, to tutaj zaskoczy Was przyjemna pustka ;) W każdym razie - warto, po stokroć warto! Oczywiście zawsze należy zachować rozsądek, ale nie przestraszcie się opisów, w których Trolltunga urasta do rangi co najmniej Mount Everestu...

Po zjechaniu z powrotem do Tyssedal musieliśmy wykonać dziwny manewr. Miejscowość położona jest pomiędzy dwoma tunelami, pomiędzy nimi jest może kilkaset metrów. I niestety nie ma żadnego dogodnego miejsca do łapania stopa w stronę Bergen. Po ponad godzinnej próbie próbie zatrzymania jakiegokolwiek auto, postanowiliśmy... złapać coś w przeciwną stronę. Przejechaliśmy przez tunel do sąsiedniej, sporo większej miejscowości Odda. Tam ustawiliśmy się na przystanku i po niedługiej chwili jechaliśmy już w kierunku Bergen :) Zabrali nas... wspinacze, którzy musieli wcześniej upchnąć linę i szpej do bagażnika. Po drodze przejrzeliśmy ich przewodnik wspinaczkowy, ale że był po norwesku, to ograniczyliśmy się do obejrzenia obrazków. Wypytaliśmy chłopaków o wspinanie w Norwegii, obdarowaliśmy pocztówką i rozstaliśmy się w Voss, w którym pod koniec czerwca odbywa się podobno znany festiwal sportów ekstremalnych.

Potem na dwa razy udało nam się dotrzeć do Bergen. Ostatni dzisiejsi kierowcy podrzucili nas niemal dokładnie na miejsce - czyli tam, gdzie wskazał nam Bartek, kolega Artura mieszkający w Bergen. Czekał nas luksusowy nocleg - w mieszkaniu, na łóżku! A do tego na kolację zjedliśmy pizzę - no niebo :) Dokładniejsze oględziny w łazienkowym lustrze jasno wykazały przyczynę koszmarnego pieczenia twarzy - ewidentnie nie wytrzymała wielogodzinnej konfrontacji z palącym norweskim słońcem. Cóż, do wesela się zagoi ;)

Widoki z twierdzy Bergenhus
Następny dzień spędziliśmy w Bergen. Rano, gdy już udało nam się wyrwać z objęć łóżka, ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwsze kroki skierowaliśmy mniej więcej w stronę zabytkowego kwartału Bryggen. To te kolorowe domki, które widzicie na większości pocztówek z Bergen ;) Jednak jako że szliśmy "na czuja" - w końcu nigdzie nam się nie spieszyło - natrafiliśmy po drodze na ruiny twierdzy Bergenhus. Odpuściliśmy wszelkie płatne elementy (sala Hakona, wieża Rosenkrantza), ale uważam, że i tak warto było poświęcić pół godziny na spacer po pozostałościach twierdzy - z góry roztacza się bardzo ładny widok na miasto i port. Trafiła nam się świetna pogoda - co w Bergen, które słynie z opadów deszczu, należałoby uznać za wyjątkowe szczęście. Zresztą w ogóle w trakcie całej podróży narzekaliśmy na upał i słońce niż na chłód i deszcz.

Im bliżej dzielnicy Bryggen, tym większe obserwowaliśmy zagęszczenie ruchu turystycznego. Same domki wyglądają naprawdę uroczo. Są drewniane (co powodowało częste pożary - dzielnica wielokrotnie płonęła i była odbudowywana), kolorowe i pięknie odrestaurowane, a spacerując pomiędzy nimi wąskimi chodnikami i obserwując pochylone ze starości ściany, można naprawdę poczuć klimat dawnej Hanzy. Nawet pomimo przeciskających się wraz z nami tłumów. Wewnątrz ukrytych jest mnóstwo sklepików, o dziwo urządzonych zwykle ze smakiem i pozbawionych pamiątek "made in China". Oczywiście ceny wystrzelone w kosmos, więc sprawiłam sobie tylko pocztówkę.


Kolejnym punktem programu był Fisketorget, czyli targ rybny, który znajduje się tuż przy nabrzeżu. Możemy spróbować tam wszystkiego, co tylko można wyłowić z morza... a nawet więcej, bo w ofercie są też na przykład kanapki z mięsem renifera. My skusiliśmy się na spróbowanie fiskeboller, czyli pulpetów rybnych. Na targu kupimy także warzywa i owoce, a nawet tekstylia. Dość wielofunkcyjne miejsce ;) Polecam także po prostu pospacerować po nabrzeżu, popatrzeć na przepływające statki, obejrzeć kolorowe Bryggen z różnych perspektyw... Po zwiedzaniu, nieco okrężną drogą (poszukując taniego sklepu) wróciliśmy do mieszkania. Korzystając z dobrej jakości internetu, zgraliśmy zdjęcia na dysk, a korzystając z współdzielonej przez wszystkich mieszkańców pralni (co jest zresztą typowo norweskim rozwiązaniem) zrobiliśmy pranie.

Po południu czekała nas z kolei dawka aktywności fizycznej - wędrówka na najwyższe spośród otaczających Bergen wzgórz - Ulriken. Wzgórz tych jest siedem, a chyba najpopularniejsze wśród nich jest Fløyen, na które można wjechać kolejką - a do tej kolejki ustawia się w sezonie imponująca kolejka, którą widzieliśmy również w trakcie naszego pobytu. Na Ulriken także poprowadzono kolejkę, ale jest to kolejka linowa (na Fløyen wagoniki jeżdżą po szynach).

My z żadnej kolejki korzystać nie zamierzaliśmy. Zarówno ze względu na ceny, jak i z przekonania. Do pokonania mieliśmy pewnie około 600 metrów przewyższenia (Ulriken ma 642 m n.p.m., a startujemy prawie z poziomu morza), więc jak na popołudniową wycieczkę całkiem sporo. Na szczęście nie groziło nam szybkie zapadnięcie ciemności :) Początkowo szliśmy przez miasto, ale już pod górę - parkiem, potem chodnikiem, który w pewnym momencie przeszedł w żwirową ścieżkę. Dookoła mieliśmy las przetykany skałami, a im wyżej, tym bardziej ta proporcja się odwracała. Końcowy fragment podejścia stanowiły drewniane stopnie - oj, zmordowały mnie te schody niemożliwie! (Choć jednocześnie doceniałam, że jak rzadko kiedy nie musieliśmy targać ze sobą plecaków.)


Jednak nagroda była warta pokonania tych kilkuset stopni. Na wyciągnięcie mieliśmy panoramę całego Bergen, oblewającego je Morza Północnego i otaczających je gór. To wszystko przy perfekcyjnej lampie, na niebie nie było ani jednej chmurki. Do tego pod nami znajdował się stadion, na którym rozgrywano akurat mecz, więc mimo że sam stadion był z tej perspektywy wielkości znaczka pocztowego, doskonale słyszeliśmy okrzyki, oklaski albo jęki zawodu. Po krótkim odpoczynku przy górnej stacji kolejki wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer na właściwy szczyt. Główną trudnością było mijanie się z owcami na wąskiej ścieżce... Ostatnie kilkanaście metrów prowadzi po skale, co sprawiło nam z Arturem sporo  frajdy :D

Z Ulriken można wyruszyć na dalszą wędrówkę po okolicznych górach - można na przykład urządzić sobie spacer na Fløyen. Z mojej perspektywy była to łatwa i przyjemna, choć nieco męcząca popołudniowa wycieczka - ale zapewne przy gorszej pogodzie, zalegającej pokrywie śnieżnej czy sporym mrozie może się z tego zrobić prawdziwa wyrypa. Zeszliśmy inną drogą - momentami bardzo stromą ścieżką przez las. Do schodzenia była super, sporo się działo - korzenie, skałki, stromizna, osuwające się kamyczki - ale podchodzić to bym tamtędy nie chciała. Wieczorem podłączyliśmy na zapas do ładowania wszystkie urządzenia - bo jutro mieliśmy ruszać dalej!


sobota, 4 kwietnia 2020

Skandynawski dziennik cz.1 (Oslo)

Ta podróż została utkana ze snów...

Jeszcze jako nastolatka zaczytywałam się w książce Jaśka Meli "Poza horyzonty". Podziwiałam Jaśka, jego niespożytą energię i chęć zmieniania świata. Niesamowicie imponowały mi jego osiągnięcia. Skoro Jasiek - bez ręki i nogi - może podróżować, zdobywać góry i bieguny oraz przebiec maraton - to niby dlaczego ja nie?

Czytałam więc o zdobywaniu Bieguna Północnego i Południowego, Kilimandżaro i Elbrusa, czytałam o El Capie i maratonie nowojorskim, czytałam o działalności w fundacji... Ale nie wiedzieć czemu moją uwagę przykuł szczególnie niepozorny rozdzialik poświęcony pracy w Norwegii. Konkretnie - na Lofotach. Zobaczyłam zdjęcia kolorowych domków na tle wysokich gór wyrastających prosto z morza - i przepadłam. Wiedziałam, że po prostu MUSZĘ tam kiedyś pojechać.

Jednak marzenia mają to do siebie, że często przegrywają z prozą życia. Kończyłam wtedy szkołę podstawową i o samodzielnych podróżach mogłam tylko (nomen omen) pomarzyć, a moja rodzina nie pałała szczególną miłością do północnych krain, gdzie ciemno, zimno i do domu daleko ;) Na nieokreślony czas odłożyłam więc marzenia na półkę.

Zanim do nich wróciłam, z pewnością zdążyły się już pokryć kurzem i pajęczynami. Ale wróciłam - dziesięć lat później. Kiedy zgadałam się z Arturem, że on też chciałby zobaczyć Skandynawię, nasze plany na wakacje wykrystalizowały się bardzo szybko. Od początku wiadomo było, że podróżować będziemy autostopem (choć żadne z nas nie miało w tym doświadczenia), a spać będziemy głównie pod namiotem. Początkowo rozważaliśmy jeszcze couchsurfing, ale kiedy na kilka zapytań nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi - bez większego żalu zarzuciliśmy ten pomysł i postanowiliśmy ograniczyć się jedynie do kupionego specjalnie na tę okazję przenośnego domku.

Pierwotny plan zakładał przejechanie całej Norwegii aż po Nordkapp i powrót przez Szwecję. W międzyczasie jednak z różnych powodów zdecydowaliśmy się wracać przez Finlandię i kraje bałtyckie, więc ostatecznie nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:


Na Nordkappie zależało chyba bardziej Arturowi niż mnie, ale oboje trzymaliśmy się zasady, że to droga jest celem. Jeśli nie uda się dotrzeć na najbardziej wysunięty na północ punkt w Europie (swoją drogą, to akurat nie jest Nordkapp, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam - trudno. I tak będzie fajnie. Ograniczał nas czas - na całą podróż daliśmy sobie trzy tygodnie. Oczywiście z pewnym marginesem błędu, ale możliwie niewielkim. Jakimś cudem udało się co do dnia! Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało - przy totalnej nieprzewidywalności jeżdżenia autostopem, wielokrotnych zmianach planów i różnych nieprzewidzianych utrudnieniach (jak na przykład utknięcie na dodatkowy dzień na wyspie, bo okazało się, że prom przypływa tylko raz dziennie :D)...

No dobra - po tym nieco przydługim wstępie chyba możemy wreszcie ruszać. Z przyciężkimi, wyładowanymi po brzegi plecakami meldujemy się chwilę przed północą na wrocławskim dworcu. W głowie kłębiło mi się mnóstwo sprzecznych uczuć. Z jednej strony ekscytacja, że TO naprawdę się dzieje, z drugiej strony strach przed nieznanym. No i do samego odjazdu pociągu obawiałam się, że coś jednak pójdzie nie tak i nie pojedziemy ;) Na szczęście ruszyliśmy bez problemów, a monotonne stukotanie kół szybko ukołysało mnie do snu...

Nie jest szczególną tajemnicą, że Norwegia jest koszmarnie droga, a w Szwecji czy w Finlandii jest zresztą niewiele lepiej. Dlatego staraliśmy się zabrać możliwie dużo jedzenia ze sobą. Mieliśmy też kuchenkę, a nawet tabletki do uzdatniania wody (nie przydały się). A z jedzonka? Kisiele, budynie, zupy w proszku, kilka gotowych dań w torebce typu kaszotto, sporo batoników, kilka czekolad, kaszę w torebkach, kuskus... Tuż przed odpłynięciem promu zrobiliśmy jeszcze "normalne" zakupy na najbliższe dni. Wyjedliśmy wszystko, do Wrocławia wrócił tylko osamotniony sproszkowany żurek, który gdzieś się zapodział ;)

Gdzieś tam jest Szwecja...

Pochmurnym, deszczowym porankiem wytoczyliśmy się na peron w Świnoujściu. Pierwotnie mieliśmy zamiar pomoczyć stópki w morzu w oczekiwaniu na prom, ale ze względu na pogodę skończyło się na gorącej czekoladzie w centrum handlowym. Z braku laku i pomysłów na spędzenie wolnego czasu na promie zameldowaliśmy się na długo przed godziną odpłynięcia. Prom jest... wielki i ta wielkość nieco przytłacza. Kilkugodzinną podróż sprawiedliwie podzieliliśmy więc między myszkowanie po licznych pokładach a obserwowanie bezkresnego morza. Osobiście najchętniej ograniczyłabym się do tego drugiego, ale na odkrytym pokładzie szalał wiatr, a momentami trafiała się i chwila deszczu. W środku z kolei mocniej odczuwałam kołysanie, które momentami przyprawiało mnie o delikatne mdłości i uniemożliwiało skupienie się na lekturze.

Aż w końcu jest... Szwecja. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Konkretnie urokliwe miasteczko Ystad, w którym mieszkał Kurt Wallander - bohater bestsellerowych kryminałów Henninga Mankella, w których swego czasu się zaczytywałam. Po zejściu na ląd szybkim krokiem ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg. Ostatecznie rozbiliśmy się na plaży i po szybkiej kolacji błyskawicznie zasnęliśmy, kołysani tym razem szumem fal.

Rankiem okazało się, że nieopodal naszego namiotu stał... znak "zakaz biwakowania" :D W zapadających ciemnościach nie zauważyliśmy go wczoraj. Cóż, dobrze, że nikt nas nie pogonił. Intencje mieliśmy dobre, specjalnie odeszliśmy od miasteczka najdalej, jak się dało, ale wygląda na to, że zakaz obowiązywał na całej plaży. Chcąc nie chcąc, musieliśmy przejść niemal przez całe miasto, aby dostać się na wylotówkę w kierunku Malmö. Tamtejsza starówka, składająca się z zadbanych, kolorowych domków i kamieniczek, robi naprawdę przyjemne wrażenie, ale my myślami byliśmy już przy największym wyzwaniu dzisiejszego dnia: złapaniu pierwszego stopa :D

I faktycznie, bynajmniej nie było to łatwe. Kilkukrotnie zmienialiśmy miejsce czy sposób łapania stopa (kciuk/kartka), aż wreszcie zatrzymała się dla nas kobieta, która podrzuciła nas do Malmö. Gdy dowiedziała się, że Artur studiuje astronomię, bardzo chciała się dowiedzieć, czy interesuje się także astrologią ;) Niestety, postanowiła wysadzić nas na poboczu drogi szybkiego ruchu tuż przed miastem, argumentując, że jedzie do niebezpiecznej dzielnicy i nie chce nas tam zostawiać. Wszystko działo się bardzo szybko i zanim się zorientowaliśmy, staliśmy już na poboczu, a koło nas migały jadące z zawrotną prędkością auta. Złapać się tam niczego nie dało (zresztą nawet nie wolno), więc wdrapaliśmy się na wał, przedarliśmy przez krzaki i - wylądowawszy wreszcie na chodniku - skierowaliśmy się do miasta. Tam kolejne przeboje - najpierw próbowaliśmy za rondem w dzielnicy, gdzie w zasięgu wzroku mieliśmy w zasadzie tylko muzułmanów, po kilkudziesięciu minutach przenieśliśmy się na parking i dopiero wtedy udało nam się wyjechać z Malmö. Potem trafiło nam się jeszcze kilka krótszych przejazdów i dzień zakończyliśmy na stacji mniej więcej w połowie drogi do Göteborga.

Mieliśmy nadzieję, że uda się ruszyć choć odrobinę dalej, bo niespecjalnie widzieliśmy perspektywę na rozłożenie namiotu. Niestety, ruch był niewielki i wkrótce stało się jasne, że utknęliśmy tu na noc. Wyszukaliśmy więc sobie spłachetek ziemi w maleńkim zagajniku między stacją, drogą a chodnikiem i poszliśmy spać, modląc się, żeby nikt nas stamtąd nie pogonił.

Po pierwszym dniu podróżowania autostopem mieliśmy dwie refleksje.
1. Czemu nikt nam nie powiedział, że przy łapaniu stopa trzeba się tyle nachodzić? Chyba nigdy nie zdarzyło nam się zejść poniżej 10 tysięcy kroków, a bardzo często było to 15 czy 25. Albo i więcej.
2. Google Maps - a w szczególności Google Earth - naszym najlepszym przyjacielem. Co my byśmy zrobili bez możliwości nawigacji, wyszukiwania odpowiednich zatoczek i sprawdzania, jak daleko do nich jest...? Zginęlibyśmy niechybnie.

W pewnym momencie naprawdę straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ruszymy się z tej cholernej stacji. Artur postanowił wykorzystać lokalną infrastrukturę do umycia zębów, ja czekałam z plecakami. Nawet nie wystawiałam kciuka ani kartki. Wtem zatrzymał się samochód. Pobiegłam, facet chciał nas zabrać, tylko mówił, że dość mocno się spieszy. Powiedziałam, że "my friend is in the toilet", on odparł, że sorry, ale czekać nie może. Ruszył. W tym samym momencie zobaczyłam, że Artur wychodzi ze stacji, machnęłam do niego rozpaczliwie, zaczął biec. Facet chyba w lusterku zobaczył, co się dzieje, zahamował. W rekordowym tempie zebraliśmy rzeczy, wsiedliśmy. Ufff. Ten cudowny Szwed nawet nie wiedział, jak bardzo go w tym momencie kochaliśmy.

Potem było już łatwiej. Ze stacji pod Göteborgiem zabrał nas sympatyczny młody Arab, który częstował nas bliskowschodnimi przysmakami, puszczał bliskowschodnią muzykę i prawie w ogóle nie mówił po angielsku. (A to zdarza się w Norwegii ekstremalnie rzadko. W czasie naszej dwutygodniowej podróży po tym kraju spotkaliśmy się z takim zjawiskiem dwa razy - jednym z nich był ów Arab, drugim - starszy pan, na oko sporo po osiemdziesiątce.) Wysiedliśmy kilka kilometrów przed granicą z Norwegią i tam spotkał nas kolejny tego dnia szczęśliwy traf - zatrzymał się dla nas Polak! Młody chłopak, który mieszka i pracuje w Oslo, zagadał do nas po angielsku, że jedzie co prawda do Oslo i może nas zabrać, ale ma jeszcze po drodze do załatwienia kilka sprawunków. Zaczęliśmy się naradzać między sobą po polsku, a on wtedy: "O siema, trzeba było tak od razu, wsiadajcie!".

Jak wielu Norwegów mieszkających w pobliżu granicy, przyjechał do Szwecji na zakupy. Ceny w Szwecji także nie są zbyt przystępne dla polskiego portfela, ale dopiero w Norwegii są "fucking crazy prices", jak oznajmił nam jeden ze szwedzkich kierowców. Idąc za jego radą, również zrobiliśmy zakupy w dobrze wyposażonym markecie. O dziwo, całkiem sensowne ceny znaleźliśmy na półce z polskimi produktami. Po drodze do Oslo sporo rozmawialiśmy. Szczególne wrażenie zrobiła na nas wysokość norweskich mandatów. Na przykład za wcale nie tak znaczne przekroczenie dozwolonej prędkości można otrzymać karę opiewającą na kilkanaście tysięcy koron (kilka tysięcy złotych)!

W Oslo skorzystaliśmy z gościnności naszego kierowcy i udało nam się wziąć prysznic i zasiąść na chwilę na miękkej kanapie ;) Och, cóż za luksusy! Nie chcieliśmy jednak marnować czasu i możliwie szybko zebraliśmy się na zwiedzanie stolicy. Zarówno z braku czasu, jak i z braku pieniędzy, a także z braku ochoty, nie zamierzaliśmy odwiedzać muzeów i innych płatnych atrakcji. Po wykupieniu z bólem serca dobowego biletu na komunikację miejską (w przeliczeniu ponad 50 złotych), skierowaliśmy się więc do centrum, żeby obejrzeć panoramę miasta ze słynnego dachu Opery.

 


Widok faktycznie robi wrażenie - z jednej strony ciemne wody Oslofjordu upstrzonego mniejszymi i większymi wysepkami, półwysep Bygdøy ze słynnymi muzeami: Muzeum Łodzi Wikingów, muzeum Kon-Tiki czy muzeum statku polarnego Fram. Dalej panorama całego miasta, w której udało nam się wypatrzeć skocznię na wzgórzu Holmenkollen. Po dogłębnym przestudiowaniu widoku przemieściliśmy się na chwilę odpoczynku na schodkach na nabrzeżu, bo sam dach Opery jest - jak na norweskie standardy - całkiem zatłoczony.

Kolejnym punktem programu był park Frogner, pełen fantazyjnych rzeźb Gustava Vigelanda. Przedtem jednak udaliśmy się jeszcze na krótki spacer po centrum, obejrzeliśmy (z zewnątrz) katedrę, przeszliśmy się ulicami pełnymi markowych butików. Nie udało nam się również powstrzymać przed spędzeniem kilkunastu minut na rozwieszonym między drzewami na jednym z placów slacku ;) Potem już grzecznie wsiedliśmy do tramwaju, który zawiózł nas wprost pod bramę parku.
Taka tam katedra...
...a obok niej slack :D

Park Frogner zajmuje całkiem spory teren i jest naprawdę sympatycznym i zadbanym terenem zielonym, ale najatrakcyjniejsza pod względem turystycznym jest niewątpliwie część zwana parkiem Vigelanda, gdzie można obejrzeć kilkaset rzeźb autorstwa tegoż rzeźbiarza. Moja znajomość sztuki, a już w szczególności rzeźby, plasuje się mniej więcej na poziomie minus sto, ale wizyta w parku Vigelanda była prawdziwą przyjemnością. Niektóre rzeźby są nieco prowokacyjne i trudno nie myśleć o nich w kontekście erotycznym. Do myślenia skłania też na pewno umieszczona w centralnym punkcie Monolitten - kolumna stworzona z setek splecionych ze sobą ciał. Uroku temu miejsca na pewno przydawała wszechobecna soczysta zieleń i kwitnące, różnobarwne kwiaty.
Z obserwacji pozarzeźbiarskich: obydwoje zwróciliśmy uwagę na mnóstwo biegaczy w najróżniejszym wieku i o najróżniejszych kształtach. Fajnie!


Wcześniej tego dnia zastanawiałam się, gdzie przyjdzie nam nocować. Zdecydowanie nie chcieliśmy płacić za camping, natomiast nie bardzo mieliśmy pomysł, jak rozstawić namiot w środku wielkiego miasta :D Z pomocą przyszedł nam internet. Szukając atrakcji w Oslo, natknęłam się na wzmiance o wyspie Langøyene, jedynej w bezpośredniej bliskości miasta, na której można legalnie biwakować. I to był strzał w dziesiątkę! Na wyspę można dostać się promem, co początkowo nieco mnie zmartwiło ze względu na koszty, ale szybko okazało się, że przeprawy promowe zawierają się w cenie biletu na komunikację miejską. Idealnie!

Sprawdziliśmy wcześniej godziny połączeń i celowaliśmy w to ostatnie, żeby mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie miasta. Podróż niewielkim promem linii B4 trwała kilkadziesiąt minut, a po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na wyspie Gressholmen. Przez cały czas towarzyszyły nam piękne widoki, z początku na oddalającą się twierdzę Akershus i panoramę miasta, a później prym wiodła już woda, wybrzeże i mijane wyspy i wysepki. Mijaliśmy typowo skandynawskie, kolorowe domki (na pewno kojarzycie je z pocztówek) i nieco już przerzedzone grupki ludzi korzystające z ciepłego, lipcowego dnia.
Mijamy twierdzę Akershus

Langøyene składała się pierwotnie z dwóch wysepek, ale obecnie są one połączone szerokim pasem zieleni służącym jako miejsce do wypoczynku i rozmaitych aktywności na świeżym powietrzu. Kierując się za wyraźnymi znakami, szybko trafiliśmy na miejsce przeznaczone do biwakowania. Rozbiliśmy namiot i ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie: cisza, spokój, porządek, nic się nie dzieje. Mimo tego, że namiotów jest kilkadziesiąt i nikt tego zbiorowiska nie pilnuje. Do tego całkiem porządna (jak na darmowy camping) infrastruktura sanitarna. Wyobrażacie sobie taką sytuację u nas?

Po kolacji (pewnie jakaś zupka z proszku to była ;)) ponownie przekroczyliśmy przestrzeń łączącą obie wyspy, zaszliśmy na piaszczystą plażę i pomoczyliśmy łapki w wodzie (wcale nie taka zimna), po czym przenieśliśmy się na drugą wyspę. W trakcie dnia koło plaży działa kiosk z lodami, napojami i innymi przekąskami, ale o tej porze był już zamknięty. Na wyspie znajduje się rezerwat przyrody, więc nie można obejść jej wkoło. Za to na południowym krańcu można znaleźć plażę nudystów ;) My ograniczyliśmy się do krótkiego spaceru po skałach, gdzie zasiedliśmy, by ponapawać się ciszą i pięknymi widokami. W tym momencie wcale nie żałuję, że nie stać nas na nocleg w hotelu :)
"Nasza" wyspa
Pas zieleni pomiędzy wyspami
Sorry za bałagan ;)

sobota, 1 lutego 2020

Gdy jedna śmierć to za mało - „27 śmierci Toby’ego Obeda”




Bieganie po parku jest zasadniczo dość nudne. Szczególnie jeśli ten sam park odwiedza się zwykle kilka razy w tygodniu. Ażeby nieco umilić sobie kręcenie kółeczek, postanowiłam zacząć słuchać podcastów. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, a Spotify (czy jedna z wielu innych aplikacji) zapewnia setki godzin wartościowych podróży we wszystkich kierunkach. To właśnie wtedy, w jednych z odcinków podcastu „Dział Zagraniczny”, po raz pierwszy usłyszałam o kanadyjskich szkołach z internatem.

To było jak mocne, dobrze zamarkowane uderzenie w twarz. Historia, którą opowiedziała Joanna Gierak-Onoszko sprawiła, że przez resztę dnia chodziłam zupełnie otępiała, a pierwsze, co zrobiłam o poranku, to zamówienie w bibliotece jej książki „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Niestety, była wypożyczona, więc musiałam cierpliwie poczekać. Przez te kilka tygodni wspomnienie usłyszanego koszmaru nieco zbladło, ale jest to jedna z tych opowieści, których nie sposób zapomnieć… Ale o co właściwie chodzi?

Z czym kojarzy się Wam Kanada? Z syropem klonowym, bezkresnymi przestrzeniami, nowoczesnością, bogactwem? Multikulturowością, dobrobytem? A może z przystojnym, otwartym i uśmiechniętym premierem Justinem Trudeau?

A z poniżeniem, biciem, gwałtem? Z oderwaniem od rodziców, własnej kultury, niekończącym się strachem? Ze zlizywaniem własnych wymiocin, spaniem w zasikanych prześcieradłach, molestowaniem przez opiekunów? Z przypinaniem do krzesła elektrycznego? Trudno się czyta? Boli? I powinno. Bowiem taki właśnie los stał się udziałem wielu tysięcy rdzennych kanadyjskich dzieci.

Myślicie teraz, że z pewnością chodzi o zamierzchłe czasy, że to historia wykopana z archiwów, odczytana na nowo z pożółkłych dokumentów… Ostatnia szkoła z internatem została zamknięta pod koniec dwudziestego wieku. Piekło, które zgotowali rdzennym dzieciom duchowni (choć istniały także szkoły świeckie z równie mroczną historią) trwało jeszcze za życia większości z nas.

Pierwsze Narody (określenie Indianie jest uznawane za pejoratywne, a wręcz obraźliwe; prawo do używania ma jedynie osoba identyfikująca się jako Indianin) od zawsze były solą w oku kolonizatorów. Przeszkadzały im odrębna kultura i język „podbitych” narodów. Rząd Kanady postanowił, więc siłą zasymilować rdzennych mieszkańców, zaczynając od najmłodszych. Dzieci w wieku od pięciu do piętnastu lat były zmuszane do przebywania w placówkach z internatem, często na zawsze odrywano je od najbliższej rodziny.

W szkole nie pozwalano dzieciom mówić w ojczystym języku, nieraz karano biciem za każde „niewłaściwe” w oczach opiekunów słowo. Powszechne było molestowanie, nierzadko zdarzały się gwałty – również między wychowankami szkoły. Skutki niechcianych ciąż palono we wspólnym piecu. Każde dziecko umieszczone w takiej placówce umierało wielokrotnie. Jak zachować nadzieję, gdy absolutnie nikogo na świecie nie obchodził ich los?

Czy Kanada wiedziała, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami szkół? Trudno uwierzyć, że nie. Przecież placówki nie istniały w równoległej rzeczywistości, mieszkali ludzie. Raczej wiedzieć nie chciano. Takie były czasy, mówiono na powtarzające się doniesienia o nieprawidłowościach. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych wypowiedź Phila Fontaine’a, wpływowego polityka rdzennego pochodzenia, usłyszał cały kraj.

Phil Fontaine jest ocaleńcem. Tak mówią o sobie ci, którzy przetrwali szkoły z internatem. Udało im się – przeżyli. Joanna Gierak-Onoszko mogłaby ograniczyć do opisania na kartach książki „szkolnych lat” młodych Kanadyjczyków. Opowiadana przez nią historia jest jednak wielowymiarowa, tak jak wiele wymiarów miało (i wciąż ma!) cierpienie ocaleńców.

Cierpienie Toby’ego Obeda , ocaleńca z Labradoru, nie skończyło się, gdy opuścił szkolne mury. Zamiast świadectwa z czerwonym paskiem otrzymał rany psychiczne i fizyczne, nieumiejętność tworzenia jakichkolwiek relacji, skłonności do nałogów, lęki i depresję. Taką wyprawkę na dorosłe życie otrzymywały od szkoły rdzenne kanadyjskie dzieci. Jak miały przekazać miłość swoim dzieciom, skoro same otrzymały tylko gniew i nienawiść? W taki sposób dziedzictwo placówek z internatem było przekazywane na kolejne pokolenia.

Robimy to, co nam robiono. Siostra Anna Wesley, opiekunka w jednej ze szkół. Oskarżona w jednym z pozwów zbiorowych o znęcanie się nad dziećmi. Z opowieści ofiar wyłania się obraz kobiety-potwora, traktującej swoich wychowanków z niewyobrażalnym okrucieństwem. Gdzie jest haczyk? Anna Wesley była rdzennego pochodzenia, dzieciństwo spędziła w bliźniaczej placówce. Robimy to, co nam robiono. Evelyn, w dzieciństwie wielokrotnie gwałcona przez chłopaków z sąsiedztwa. Gdy po kilkudziesięciu latach decyduje się wnieść pozew i podaje do protokołu nazwiska sprawców, słyszy: nie mogę pani reprezentować, mam konflikt interesów. Robimy to, co nam robiono.

Chociaż naprawdę trudno stosować tutaj takie rozróżnienie, właśnie te fragmenty poruszyły mnie najbardziej. Zdaje się, że zło, ból i cierpienie wsiąkło w kanadyjską ziemię i nie daje spokoju kolejnym pokoleniom. Mój rozum może i jest racjonalnie w stanie pojąć skalę okrucieństwa, która stała się udziałem dzieci Pierwszych Narodów, ale serce zdecydowanie nie. Nawet teraz, pisząc o tych wydarzeniach, z trudem powstrzymuję cisnące się do oczu łzy.

Teraz Kanada uczy się przepraszać i żyć z brzemieniem, które sama na siebie nałożyła. Rząd zawarł ugodę, na mocy której wypłacono ocaleńcom odszkodowania wahające się od kilkunastu do nawet kilkuset tysięcy dolarów. Wielekroć wiązało się to jednak z rozdrapywaniem dawnych ran, wspominaniem oprawców, by utworzona na tą okoliczność Komisja Prawdy i Pojednania mogła odpowiednio wycenić ich cierpienie. Wrze także w przestrzeni publicznej. Kanadyjczycy uczą się życia w nowej, już nie tak kryształowo czystej rzeczywistości.

Dawni uczniowie, obecnie pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-. Siedemdziesięciolatkowie także starają się żyć i nadać życiu sens. Dzień po dniu. I próbują wybaczyć niewybaczalne.

Czasem stwierdzenie „brak mi słów” przestaje być tylko błahym frazesem, a staje się zwyczajnym stwierdzeniem faktu. Nie wiem, w jaki sposób udało się je znaleźć kanadyjskim ocaleńcom. Dobrze, że znalazła je Joanna Gierak-Onoszko. Ja chciałabym chyba tylko te wszystkie dzieci – skrzywdzone dzieci w ciałach dorosłych – mocno przytulić.

Przeczytajcie.