wtorek, 1 listopada 2016

Jak przeżyć dzień jak tygrys i nie zwariować

"Ściana stała się ambicją, a styl obsesją."

Kupiłam ją - jak rzadko kiedy - niemal bez zastanowienia. Spontanicznie. Zwykle długo rozmyślam, porównuję, czytam fragmenty. Teraz podchodzę w Lądku na stoisko książkowe, kilka tytułów kartkuje, nic mnie szczególnie nie przekonuje. Wiem, że mogę tak krążyć bez końca, przeglądając coraz to nowe pozycje. Nagle patrzę - to! "Przeżyć dzień jak tygrys. Alex MacInt(y)re i narodziny stylu alpejskiego w Himalajach" Johna Portera. Przypominam sobie pozytywną recenzję znajomego i już jest moja!


Autor pisze o niej tak: "To bardzo osobista opowieść o Alexie, moim najlepszym przyjacielu, i jego rodzinie, wspinaczkowych kompanach i kobietach, które zostawił." Rzeczywiście, to nie tylko portret Alexa, ale właściwie całej epoki i całego pokolenia brytyjskiego wspinania (mowa o Boningtonie, Taskerze, Rousie i wielu innych...). Portret czasów, których już nie ma.

Niespecjalnie fascynujący początek nieco usypia. Niespiesznie przewracam kolejne strony. Nagle łup! - w przenośni i dosłownie. Spadający kamień właśnie zakończył życie Alexa MacIntyre, koziołkującego bezwładnie jednym z kuluarów na południowej ścianie Annapurny. Jest jesień 1982 roku. Potem wchłania mnie wir czasu i wypluwa niemal trzydzieści lat wcześniej.

Przenoszę się do Hertfordshire, gdzie wychował się MacIntyre. Po raz pierwszy poznaję kobiety jego życia: matkę Jean i młodszą siostrę Libby (obydwie bezgranicznie kochały Alexa, choć nie akceptowały jego wspinaczkowej pasji), a także dziewczynę Sarah. Czytam o studenckim życiu na uniwersytecie w Leeds. O pierwszych sezonach alpejskich i o drodze na wschodniej ścianie Pointe Lepiney, która przypieczętowała przyjaźń Johna i Alexa.

W odnalezieniu się w gąszczu nieznanych nazwisk na pewno pomagają liczne polskie akcenty. Porter pisze o polsko-brytyjskich wymianach wspinaczkowych, całkiem celnie portretując przy okazji szarą rzeczywistość PRLu. Przez karty książki przewijają się postacie Kukuczki, Zawady i innych polskich wspinaczy - a nade wszystko Wojtka Kurtyki, który wielokrotnie wiązał się z Alexem liną podczas himalajskich wypraw.

Dopiero w okolicach rozdziału dwunastego o wymownym tytule "Should I Stay Or Should I Go" (tak, każdy rozdział wziął swoją nazwę od jednego z ponadczasowych przebojów!) zaczęłam wciągać się na dobre. To czas coraz dalszych wyjazdów. Na pierwszy ogień - Afganistan. Wyjazd obftitował w różnego rodzaju atrakcje...

"Gdy wreszcie opuściliśmy niekończące się przedmieścia Moskwy, z głośników w każdym przedziale, jak również na korytarzu, popłynęła podniosła muzyka - to śpiewał chór Armii Czerwonej. Bez końca. (...)
- Alex, masz gdzieś ten twój nowy młotek lodowy, który mi pokazywałeś? Tego terrordactyla? - zagadnął Zawada. (...)
- O, dzięki, to się dobrze do tego nada.
To powiedziawszy, Zawada wziął zamach i wbił ostrze terrordactyla w głośnik nad naszymi głowami, po czym wyszedł i po kolei porozbijał na kawałki głośniki we wszystkich przedziałach w naszym wagonie. Siedzieliśmy oniemiali, a z każdym zadanym przez Andrzeja ciosem Robert Plant zdobywał coraz większą przewagę nad reprezentacyjnym chórem Armii Czerwonej."

Wojtek Kurtyka naświetlił zaś Alexowi pewną ważną kwestię:
"- Alex, chciałbyś może spróbować Bandakę? - spytał, oblizując z uśmiechem wargi.
- No pewnie - odparł Alex. - A to się je na zimno czy na gorąco?
- Nie, nie Alex, to nie jest do jedzenia. To jest góra."

Alex MacIntyre

Potem już (prawie...) nic nie mogło oderwać mnie od czytania. John Porter balansuje między opisami życia prywatnego Alexa a kolejnymi, coraz ambitniejszymi wyprawami w Góry Wysokie. Pisze o nietypowej relacji z Marią Coffey (obecnie autorką kilku książek o psychologiczno-prawnych aspektach wspinaczki), którą traktował trochę jak matkę lub starszą siostrę. O kolejnych wyprawach, aż do tej ostatniej...

To naprawdę fascynująca opowieść, tyle że... tak naprawdę powinnam odłożyć ją na półkę po przeczytaniu trzydziestu pierwszych stron. Dlaczego? Bo korektor płakał, jak czytał. A nie, przepraszam, korektora chyba po prostu nie było. Mam nadzieję... bo nie wierzę, że mógłby przepuścić aż tyle błędów. Literówki, sklejone wyrazy, urwane zdania.

Zgadzam się, każdemu może się zdarzyć. Kilka błędów w kilkusetstronicowej książce to nie tragedia. Nieco gorzej, gdy jest ich kilkanaście, a kilkadziesiąt... Ał. Sugerując się przy kupnie książki pozytywną recenzją, popełniłam tylko jeden błąd - dotyczyła ona oryginału. W tym konkretnym wypadku okazało się, że to zmienia wszystko. I tylko świetnie nakreślona przez Johna Portera historia ratuje nieco sytuację, jednak w żaden sposób nie zmazuje odczuwanego przeze mnie niesmaku.

Szkoda. Po prostu przykro mi, że czytelnik musi co chwilę odrywać się od arcyciekawej lektury, by skrzywić się, widząc kolejną literówkę. Osobiście bardzo żałuję, że zamiast kupować polskie wydanie, nie zdecydowałam się zainwestować nieco więcej pieniędzy i wysiłku - i przeczytać oryginał. "One day as a tiger".

(Zwykle unikam tak mocnych słów, ale czarę goryczy przelała - a jakże, literówka! W tytule, w nazwisku głównego bohatera książki. Ktoś zawinił, ktoś zepsuł swoją robotę. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała cokolwiek tak... niedorobionego. Niestety.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz