wtorek, 22 listopada 2016

Kochaliśmy się 47 lat, czyli życie z Zawadą

Od Piotra Morawskiego i jego "Zostają góry" wszystko się zaczęło. Kilka lat później trafiłam na kolejną inspirującą książkę, do której chętnie i często wracam. Najpierw wypożyczyłam z biblioteki, potem dostałam własny egzemplarz, by w końcu zdobyć dedykację autorki. Dwie pozycje - zupełnie różne, ale równie dla mnie ważne. Tym razem słów kilka o "Życiu z Zawadą" Anny Milewskiej.

źródło: matras.pl
Owo "Kochaliśmy się 47 lat" było pierwszym pomysłem na tytuł. "Bo tak było!", pisze pani Anna. "Książkę napisałam jakby w zastępstwie Andrzeja. On miał mieć - czas na wszystko!". A jako że ścieżki, którymi podążały losy Anny Milewskiej i Andrzeja Zawady były niezwykle kręte, co rusz splatały się i rozdzielały, to i książka może nieco przytłaczać swoją objętością. Ale zapewniam, że warta jest każdej minuty nad nią spędzonej!

Wartością dodaną jest też niewątpliwie mnóstwo - kilkaset sztuk! - zdjęć, każde z adekwatnym, a nieraz i żartobliwym podpisem. W większości niewielkiego formatu, czarno-białych, ale pod koniec znajduje się wkładka z kilkudziesięcioma fotografiami kolorowymi i nieco większego rozmiaru. Dokumentujących codzienne życie, krąg bliskich znajomych, ale też spotkania, wyprawy, spektakle, odczyty. Nieco tajemniczy uśmiech Andrzeja i dyskretny urok Anny. A okazji do fotografowania z pewnością nie brakowało!

Nie miałam najmniejszej szansy poznać Andrzeja Zawady – zmarł, gdy dopiero co zaczynałam chodzić do przedszkola. Ale pamięć o człowieku tak niezwykłym, pełnym pomysłów i energii do ich realizacji była, jest i będzie żywa jeszcze dłuuugo. W filmach, książkach, na zdjęciach. W opowieściach pani Anny, która rozpromienia się na najmniejszą wzmiankę o mężu i mogłaby – jak sądzę – mówić o nim i ich wspólnym życiu bez końca. To się nazywa miłość przez wielkie M.

Opowieść rozpoczyna się w momencie pierwszego spotkania Anny i Andrzeja. Gdzie? A jakże, w Klubie Wysokogórskim! Wiedziała od początku – to on, ten jeden jedyny! „Zawada: tak się będę nazywała – przeleciało mi przez głowę – to brzmi trochę jak pseudonim teatralny.” Słowa w pewnym sensie prorocze, bo trzeba wam wiedzieć, że Anna Milewska przez długi czas bynajmniej nie wiązała swojej przyszłości z aktorstwem. To przyjaciółka namówiła ją, by w kilka lat po studiach na Uniwersytecie Warszawskim przystąpiła do egzaminów wstępnych w krakowskiej Szkole Teatralnej. Również Andrzeja Zawady nie omijały życiowe zawirowania. Rozdarty między pragnieniem dokonywania rzeczy wielkich a prozą szarej rzeczywistości, długo nie chciał zdecydować się na stały związek.

Tak orbitowali, to zbliżając się do siebie, to oddalając. Ślub wzięli równo w dziesięć lat od dnia pierwszego spotkania. Opłacało się czekać! Andrzej odwiedził w tym czasie Wietnam, Spitsbergen i dokonał pierwszego zimowego przejścia Głównej Grani Tatr, Anna została wziętą aktorką. Największe sukcesy – zawodowe czy sportowe – wciąż były jeszcze przed nimi.

Kolejnym, po ogromnej ilości zdjęć, „oknem” na życie codzienne – teraz już państwa Zawada – są listy, które Anna Milewska licznie przywołuje na kartach książki. Różne czułości, zdrobnienia, przemyślenia, które między sobą wymieniają – pięknie się to czyta! Korespondencja, która rozpoczęła się w czasach wyjazdu Anny do Krakowa, trwała potem nieprzerwanie. Listy często mijały się albo wręcz ginęły gdzieś po drodze – do dalekich himalajskich krain.

Lata 70. i 80. były zarówno dla Anny, jak i Andrzeja czasem największej aktywności. Obydwoje dużo podróżowali, choć rzadko wspólnie. Jednak kiedy tylko mogli, towarzyszyli sobie wzajemnie. To był czas Zawady Lidera. Kolejne sukcesy – Noszak, podwójne zwycięstwo na Evereście, w końcu Cho Oyu – przyniosły mu międzynarodową sławę w górskim środowisku. Anna Milewska dwukrotnie towarzyszyła karawanie w drodze do wyprawowej bazie. Ze spraw bardziej przyziemnych – był to też przykry czas odchodzenia bliskich Anny i Andrzeja, przeprowadzek, ożywionych kontaktów towarzyskich… Sytuacji może mniej medialnych, ale nie mniej ważnych.

Kolejna dekada mija w mgnieniu oka i podświadomie zaczynam odwlekać przekładanie kolejnych kartek. Wiem, że gdzieś tam, na następnej stronie, może czekać na mnie rozdział, którego wolałabym uniknąć. CIOS. I nie ma tu znaczenia, że przecież doskonale znam życiorys Andrzeja Zawady, że przecież nieraz paliłam świeczki na jego grobie na Powązkach… To i tak jest, zgodnie z tytułem, cios. Bo przecież zostało tyle marzeń niespełnionych, tyle planów niezrealizowanych…
 
Anna Milewska ma specyficzny styl pisania – i  zresztą równie specyficzny styl opowiadania. Charakterystyczny tylko dla niej. I dobrze! Przeczytajcie koniecznie, bo tego niesamowitego, jedynego w swoim rodzaju małżeństwa nie da się nie polubić :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz