Można powiedzieć, że od niego wszystko się zaczęło. Był grudzień 2008 roku, a ja zmierzałam wraz z tatą na festiwal TERRA. Gwoli ścisłości - festiwal slajdów podróżniczych. Zupełnie przypadkiem trafiłam wtedy na jedyną górską prelekcję - "Tam gdzie człowiek rzadko dociera. Zachodnia ściana Annapurny i Gasherbrumy". Miałam 12 lat i nie do końca wiedziałam, o czym mowa. Co z tego... i tak zasłuchałam i zapatrzyłam się bez reszty. Po niemal dwóch godzinach wyszłam całkowicie oniemiała. I doskonale zapamiętałam Piotra Morawskiego, młodego faceta z synkiem na barana, który miał dar do wspinania, do fotografowania i do snucia fascynujących opowieści.
![]() |
| Piotr Morawski, źródło: wspinanie.pl |
No właśnie - miał. Kilka miesięcy później dowiedziałam się o śmierci Piotra... i chyba dopiero wtedy zrozumiałam, że tam, w tych wysokich górach, o których tak niewiele wiem, naprawdę można zginąć. Tak po prostu. Przez błąd swój albo nie swój, głupi przypadek albo nieszczęśliwy traf. I wtedy jest game over, nie ma drugiej szansy. (Potem miałam jeszcze sen - a trzeba Wam wiedzieć, że bardzo rzadko swoje sny pamiętam choćby rano, a co dopiero przez tyle lat - w którym byłam z Piotrem w górach. Niby nic szczególnego, tylko że góry te były zdecydowanie z gatunku tych wyższych i znajdowały się... nieopodal Łomianek. Ot, takie wspomnienie, do którego lubię się uśmiechać.)
Tak na zdrowy rozum ta sytuacja - która naprawdę mocno mną "trzepnęła" - powinna spowodować, że od tematu Gór Wysokich i samych himalaistów będę się trzymać jak najdalej. Wyszło tak jakby trochę inaczej, może wręcz na odwrót... i nie żałuję. Ale Piotr Morawski stał się dla mnie w jakiś sposób ważny. Stał się osobą, którą cenię i szanuję za rozmaite talenty - a z pewnością i polubiłabym, tak zwyczajnie, gdybym tylko miała szansę go poznać.
Książkę "Zostają góry" kupiłam przy pierwszej okazji - i dobrze, bo obiło mi się o uszy, że później trudno było ją dostać. Twarda oprawa dobrze znosi intensywne użytkowanie. W środku wyraźny podział na trzy części: opowiadania (z kolejnych wypraw), felietony (dla miesięcznika GÓRY) i wspomnienia (bliskich o Piotrze). Wszędzie - mnóstwo fotografii. Chciałam teraz napisać, która z tych części podoba mi się najbardziej, ale zdałam sobie sprawę, że nie potrafię. Każda jest inna, każda wyjątkowa.
Pierwsza część, zdecydowanie najdłuższa, to relacje Piotra z wysokogórskich wypraw. Zaczynając od Chana, przez Pik Pobiedy, a potem już z najwyższych szczytów Himalajów i Karakorum. Jednakże tytuł opowiadania z pewnością nie został jej nadany przypadkiem. Nie jest to w żadnym razie jedynie suche sprawozdanie - w każdej kolejnej opowieści wyraźnie wybija się talent literacki i charakter autora. Piotr pieczołowicie opisuje przebieg akcji górskiej, nie stroniąc jednocześnie od własnych spostrzeżeń, refleksji czy epizodów mniej lub bardziej humorystycznych. Z kolejnych opowieści wyłania się przebiegająca - można powiedzieć - w lawinowym tempie kariera wspinaczkowa Piotra. W opowiadaniach Morawskiego bez problemu odnajdzie się zarówno aktywny wspinacz, jak i absolutny laik. Te kilkustronicowe opowiadania, ilustrowane wieloma zdjęciami (z dokładnymi podpisami!, to też istotne bardzo), wciągają mocniej niż niejedna książka! A plastyczne opisy pozwalają poczuć się niemal jak uczestnik wyprawy...
Cytaty na zachętę:
Szykowałem się już do wyjścia, kiedy ze zdziwieniem dostrzegłem nowego e-maila. Był krótki: "Czy macie ochotę spędzić zimowe ferie przy -30?". Nadawca: Artur Paszczak, prezes KW Warszawa, wiadomość wysłana do Marcina i do mnie, tytuł: "K2". (...)
Potem nastąpiły dni niepewności, zapadały decyzje, czas płynął, do wyprawy zostało niespełna półtora miesiąca. Stwierdziłem, że odrzucono moją kandydaturę. Nagle telefon, krótka rozmowa z Krzysztofem, zakończona zdaniem, które do dziś mi brzmi w głowie: "No, dobra, zaryzykujemy, jedziesz"...
Jeszcze zostało kilka kroków, pot zalewa mi oczy, plecak ciąży potwornie. Naładowałem do niego ponad 25 kilogramów. Jeszcze krok i na kilka tygodni mam spokój. Ktoś do mnie mówi. Podnoszę głowę i załzawionym wzrokiem patrzę na starszego pana ćmiącego papierosa.
- W góry pan się wybiera? - dochodzi do mnie sens chrapliwych słów.
- A w góry - odpowiadam z wysiłkiem i zrzucam plecak pod windą. Patrzę na zegarek. Mam całkiem dobry czas, mimo że na to cholerne 23 piętro zasuwałem już piętnasty raz w ciągu półtorej godziny.
Część druga, dużo krótsza, ale niesamowicie treściwa, to felietony, które ukazywały się co miesiąc w czasopiśmie GÓRY. Jest ich dokładnie osiem - niestety tylko... Wydrukowane nietypowo, bo na czarnym tle. Każdy z nich na dokładnie dwóch stronach - mało słów, dużo treści, jak to w felietonie. Każdy zupełnie inny: raz o Himalajach, raz o naszych Tatrach, innym razem w ogóle na marginesie gór jakichkolwiek. O wspinaczkowych początkach, o uczciwości, o życiu w dwóch światach, halucynacjach, wioskach na końcu świata, o świętach i śmierci w górach... Do wszystkich i każdego z osobna mam przeogromny sentyment. Bo są niby o górach, a jednak o życiu.
I kolejna garść cytatów, tym razem nieco więcej, bo jeden lepszy od drugiego:
Zatem róbmy to, co lubimy. Jeśli naprawdę chcemy, marzenia się spełniają. Nasza determinacja jest w stanie pokonać wiele barier, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy przecież do końca naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od początku myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się otwiera. A my patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka krótka.
Tak często zdarza się, że gonimy za tym, co nieosiągalne albo prawie niedostępne. Poszukujemy na świecie okruchów swojej wyobraźni. Nie rozglądamy się dookoła, a wystarczy tylko schylić trochę głowę i nie patrzeć tak daleko. I zaraz okaże się, że wiele spraw, za którymi gonimy na krańce świata, jest koło nas.
I przychodzi ten najlepszy moment, kiedy godzisz się, że życie idzie własną ścieżką, a ty własną. Że wielu rzeczy na siłę nie da się zrobić. Przygoda jest zarówno w górach, jak i w domu. To wszystko jest jednym światem. Po prostu na moment zachwialiśmy równowagę, a teraz czas do niej wrócić.
Nieważne, gdzie jesteśmy, co robimy. Święta są w nas i to my je tworzymy. Nie tylko święta, wszystko drzemie w nas, trzeba mieć tylko siłę i ochotę to obudzić. Radość, motywacja, wola, siła... Gdzieś w oddali słyszymy zew i tylko wystarczy go posłuchać. A potem spojrzeć na psa czy kota, który nagle do nas zacznie się uśmiechać i powie przyjacielsko: "I o to chodzi, stary!".
Zatem do dzieła! Bierzmy świat taki, jaki jest, a nie taki, jaki chcemy, by był. A świat odwróci się do nas i uśmiechnie.
Wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że to nie są puste frazesy - bo Piotr tak właśnie żył. I tak oto dotarliśmy do części ostatniej, wspomnieniowej. Oczywiście smutnej, ale nie tylko. Oczywiście czasem oczy zaczynają podejrzanie łzawić, ale czasem nie sposób się nie uśmiechnąć. Piotra Morawskiego wspominają Piotrowie Hamor i Pustelnik (2/3 "Tres Pedros del Himalaya"), Darek Załuski, Simone Moro, Krzysztof Wielicki i żona Olga. Niesamowicie czytać, jak wielki, niezmywalny ślad zostawił Piotr w sercu każdego z nich. Z każdej opowieści przebija to samo uczucie - niedowierzanie. Niemożliwe, jego naprawdę już nie ma?
Nie będę cytować, bo musiałabym przepisać kilkanaście stron. No, jedno zdanie tylko. We wspomnieniu Simone Moro odnalazłam cytat, który natychmiast pokochałam: "Życie nie jest mierzone liczbą oddechów, ale liczbą momentów, które zapierają nam dech w piersiach." Tak właśnie żył Piotr Morawski. Był wcieleniem tej filozofii, tego sposobu bycia: wolnego i odpowiedzialnego wyboru swojej drogi życiowej, pisze Simone.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz