sobota, 4 kwietnia 2020

Skandynawski dziennik cz.1 (Oslo)

Ta podróż została utkana ze snów...

Jeszcze jako nastolatka zaczytywałam się w książce Jaśka Meli "Poza horyzonty". Podziwiałam Jaśka, jego niespożytą energię i chęć zmieniania świata. Niesamowicie imponowały mi jego osiągnięcia. Skoro Jasiek - bez ręki i nogi - może podróżować, zdobywać góry i bieguny oraz przebiec maraton - to niby dlaczego ja nie?

Czytałam więc o zdobywaniu Bieguna Północnego i Południowego, Kilimandżaro i Elbrusa, czytałam o El Capie i maratonie nowojorskim, czytałam o działalności w fundacji... Ale nie wiedzieć czemu moją uwagę przykuł szczególnie niepozorny rozdzialik poświęcony pracy w Norwegii. Konkretnie - na Lofotach. Zobaczyłam zdjęcia kolorowych domków na tle wysokich gór wyrastających prosto z morza - i przepadłam. Wiedziałam, że po prostu MUSZĘ tam kiedyś pojechać.

Jednak marzenia mają to do siebie, że często przegrywają z prozą życia. Kończyłam wtedy szkołę podstawową i o samodzielnych podróżach mogłam tylko (nomen omen) pomarzyć, a moja rodzina nie pałała szczególną miłością do północnych krain, gdzie ciemno, zimno i do domu daleko ;) Na nieokreślony czas odłożyłam więc marzenia na półkę.

Zanim do nich wróciłam, z pewnością zdążyły się już pokryć kurzem i pajęczynami. Ale wróciłam - dziesięć lat później. Kiedy zgadałam się z Arturem, że on też chciałby zobaczyć Skandynawię, nasze plany na wakacje wykrystalizowały się bardzo szybko. Od początku wiadomo było, że podróżować będziemy autostopem (choć żadne z nas nie miało w tym doświadczenia), a spać będziemy głównie pod namiotem. Początkowo rozważaliśmy jeszcze couchsurfing, ale kiedy na kilka zapytań nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi - bez większego żalu zarzuciliśmy ten pomysł i postanowiliśmy ograniczyć się jedynie do kupionego specjalnie na tę okazję przenośnego domku.

Pierwotny plan zakładał przejechanie całej Norwegii aż po Nordkapp i powrót przez Szwecję. W międzyczasie jednak z różnych powodów zdecydowaliśmy się wracać przez Finlandię i kraje bałtyckie, więc ostatecznie nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:


Na Nordkappie zależało chyba bardziej Arturowi niż mnie, ale oboje trzymaliśmy się zasady, że to droga jest celem. Jeśli nie uda się dotrzeć na najbardziej wysunięty na północ punkt w Europie (swoją drogą, to akurat nie jest Nordkapp, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam - trudno. I tak będzie fajnie. Ograniczał nas czas - na całą podróż daliśmy sobie trzy tygodnie. Oczywiście z pewnym marginesem błędu, ale możliwie niewielkim. Jakimś cudem udało się co do dnia! Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało - przy totalnej nieprzewidywalności jeżdżenia autostopem, wielokrotnych zmianach planów i różnych nieprzewidzianych utrudnieniach (jak na przykład utknięcie na dodatkowy dzień na wyspie, bo okazało się, że prom przypływa tylko raz dziennie :D)...

No dobra - po tym nieco przydługim wstępie chyba możemy wreszcie ruszać. Z przyciężkimi, wyładowanymi po brzegi plecakami meldujemy się chwilę przed północą na wrocławskim dworcu. W głowie kłębiło mi się mnóstwo sprzecznych uczuć. Z jednej strony ekscytacja, że TO naprawdę się dzieje, z drugiej strony strach przed nieznanym. No i do samego odjazdu pociągu obawiałam się, że coś jednak pójdzie nie tak i nie pojedziemy ;) Na szczęście ruszyliśmy bez problemów, a monotonne stukotanie kół szybko ukołysało mnie do snu...

Nie jest szczególną tajemnicą, że Norwegia jest koszmarnie droga, a w Szwecji czy w Finlandii jest zresztą niewiele lepiej. Dlatego staraliśmy się zabrać możliwie dużo jedzenia ze sobą. Mieliśmy też kuchenkę, a nawet tabletki do uzdatniania wody (nie przydały się). A z jedzonka? Kisiele, budynie, zupy w proszku, kilka gotowych dań w torebce typu kaszotto, sporo batoników, kilka czekolad, kaszę w torebkach, kuskus... Tuż przed odpłynięciem promu zrobiliśmy jeszcze "normalne" zakupy na najbliższe dni. Wyjedliśmy wszystko, do Wrocławia wrócił tylko osamotniony sproszkowany żurek, który gdzieś się zapodział ;)

Gdzieś tam jest Szwecja...

Pochmurnym, deszczowym porankiem wytoczyliśmy się na peron w Świnoujściu. Pierwotnie mieliśmy zamiar pomoczyć stópki w morzu w oczekiwaniu na prom, ale ze względu na pogodę skończyło się na gorącej czekoladzie w centrum handlowym. Z braku laku i pomysłów na spędzenie wolnego czasu na promie zameldowaliśmy się na długo przed godziną odpłynięcia. Prom jest... wielki i ta wielkość nieco przytłacza. Kilkugodzinną podróż sprawiedliwie podzieliliśmy więc między myszkowanie po licznych pokładach a obserwowanie bezkresnego morza. Osobiście najchętniej ograniczyłabym się do tego drugiego, ale na odkrytym pokładzie szalał wiatr, a momentami trafiała się i chwila deszczu. W środku z kolei mocniej odczuwałam kołysanie, które momentami przyprawiało mnie o delikatne mdłości i uniemożliwiało skupienie się na lekturze.

Aż w końcu jest... Szwecja. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Konkretnie urokliwe miasteczko Ystad, w którym mieszkał Kurt Wallander - bohater bestsellerowych kryminałów Henninga Mankella, w których swego czasu się zaczytywałam. Po zejściu na ląd szybkim krokiem ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg. Ostatecznie rozbiliśmy się na plaży i po szybkiej kolacji błyskawicznie zasnęliśmy, kołysani tym razem szumem fal.

Rankiem okazało się, że nieopodal naszego namiotu stał... znak "zakaz biwakowania" :D W zapadających ciemnościach nie zauważyliśmy go wczoraj. Cóż, dobrze, że nikt nas nie pogonił. Intencje mieliśmy dobre, specjalnie odeszliśmy od miasteczka najdalej, jak się dało, ale wygląda na to, że zakaz obowiązywał na całej plaży. Chcąc nie chcąc, musieliśmy przejść niemal przez całe miasto, aby dostać się na wylotówkę w kierunku Malmö. Tamtejsza starówka, składająca się z zadbanych, kolorowych domków i kamieniczek, robi naprawdę przyjemne wrażenie, ale my myślami byliśmy już przy największym wyzwaniu dzisiejszego dnia: złapaniu pierwszego stopa :D

I faktycznie, bynajmniej nie było to łatwe. Kilkukrotnie zmienialiśmy miejsce czy sposób łapania stopa (kciuk/kartka), aż wreszcie zatrzymała się dla nas kobieta, która podrzuciła nas do Malmö. Gdy dowiedziała się, że Artur studiuje astronomię, bardzo chciała się dowiedzieć, czy interesuje się także astrologią ;) Niestety, postanowiła wysadzić nas na poboczu drogi szybkiego ruchu tuż przed miastem, argumentując, że jedzie do niebezpiecznej dzielnicy i nie chce nas tam zostawiać. Wszystko działo się bardzo szybko i zanim się zorientowaliśmy, staliśmy już na poboczu, a koło nas migały jadące z zawrotną prędkością auta. Złapać się tam niczego nie dało (zresztą nawet nie wolno), więc wdrapaliśmy się na wał, przedarliśmy przez krzaki i - wylądowawszy wreszcie na chodniku - skierowaliśmy się do miasta. Tam kolejne przeboje - najpierw próbowaliśmy za rondem w dzielnicy, gdzie w zasięgu wzroku mieliśmy w zasadzie tylko muzułmanów, po kilkudziesięciu minutach przenieśliśmy się na parking i dopiero wtedy udało nam się wyjechać z Malmö. Potem trafiło nam się jeszcze kilka krótszych przejazdów i dzień zakończyliśmy na stacji mniej więcej w połowie drogi do Göteborga.

Mieliśmy nadzieję, że uda się ruszyć choć odrobinę dalej, bo niespecjalnie widzieliśmy perspektywę na rozłożenie namiotu. Niestety, ruch był niewielki i wkrótce stało się jasne, że utknęliśmy tu na noc. Wyszukaliśmy więc sobie spłachetek ziemi w maleńkim zagajniku między stacją, drogą a chodnikiem i poszliśmy spać, modląc się, żeby nikt nas stamtąd nie pogonił.

Po pierwszym dniu podróżowania autostopem mieliśmy dwie refleksje.
1. Czemu nikt nam nie powiedział, że przy łapaniu stopa trzeba się tyle nachodzić? Chyba nigdy nie zdarzyło nam się zejść poniżej 10 tysięcy kroków, a bardzo często było to 15 czy 25. Albo i więcej.
2. Google Maps - a w szczególności Google Earth - naszym najlepszym przyjacielem. Co my byśmy zrobili bez możliwości nawigacji, wyszukiwania odpowiednich zatoczek i sprawdzania, jak daleko do nich jest...? Zginęlibyśmy niechybnie.

W pewnym momencie naprawdę straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ruszymy się z tej cholernej stacji. Artur postanowił wykorzystać lokalną infrastrukturę do umycia zębów, ja czekałam z plecakami. Nawet nie wystawiałam kciuka ani kartki. Wtem zatrzymał się samochód. Pobiegłam, facet chciał nas zabrać, tylko mówił, że dość mocno się spieszy. Powiedziałam, że "my friend is in the toilet", on odparł, że sorry, ale czekać nie może. Ruszył. W tym samym momencie zobaczyłam, że Artur wychodzi ze stacji, machnęłam do niego rozpaczliwie, zaczął biec. Facet chyba w lusterku zobaczył, co się dzieje, zahamował. W rekordowym tempie zebraliśmy rzeczy, wsiedliśmy. Ufff. Ten cudowny Szwed nawet nie wiedział, jak bardzo go w tym momencie kochaliśmy.

Potem było już łatwiej. Ze stacji pod Göteborgiem zabrał nas sympatyczny młody Arab, który częstował nas bliskowschodnimi przysmakami, puszczał bliskowschodnią muzykę i prawie w ogóle nie mówił po angielsku. (A to zdarza się w Norwegii ekstremalnie rzadko. W czasie naszej dwutygodniowej podróży po tym kraju spotkaliśmy się z takim zjawiskiem dwa razy - jednym z nich był ów Arab, drugim - starszy pan, na oko sporo po osiemdziesiątce.) Wysiedliśmy kilka kilometrów przed granicą z Norwegią i tam spotkał nas kolejny tego dnia szczęśliwy traf - zatrzymał się dla nas Polak! Młody chłopak, który mieszka i pracuje w Oslo, zagadał do nas po angielsku, że jedzie co prawda do Oslo i może nas zabrać, ale ma jeszcze po drodze do załatwienia kilka sprawunków. Zaczęliśmy się naradzać między sobą po polsku, a on wtedy: "O siema, trzeba było tak od razu, wsiadajcie!".

Jak wielu Norwegów mieszkających w pobliżu granicy, przyjechał do Szwecji na zakupy. Ceny w Szwecji także nie są zbyt przystępne dla polskiego portfela, ale dopiero w Norwegii są "fucking crazy prices", jak oznajmił nam jeden ze szwedzkich kierowców. Idąc za jego radą, również zrobiliśmy zakupy w dobrze wyposażonym markecie. O dziwo, całkiem sensowne ceny znaleźliśmy na półce z polskimi produktami. Po drodze do Oslo sporo rozmawialiśmy. Szczególne wrażenie zrobiła na nas wysokość norweskich mandatów. Na przykład za wcale nie tak znaczne przekroczenie dozwolonej prędkości można otrzymać karę opiewającą na kilkanaście tysięcy koron (kilka tysięcy złotych)!

W Oslo skorzystaliśmy z gościnności naszego kierowcy i udało nam się wziąć prysznic i zasiąść na chwilę na miękkej kanapie ;) Och, cóż za luksusy! Nie chcieliśmy jednak marnować czasu i możliwie szybko zebraliśmy się na zwiedzanie stolicy. Zarówno z braku czasu, jak i z braku pieniędzy, a także z braku ochoty, nie zamierzaliśmy odwiedzać muzeów i innych płatnych atrakcji. Po wykupieniu z bólem serca dobowego biletu na komunikację miejską (w przeliczeniu ponad 50 złotych), skierowaliśmy się więc do centrum, żeby obejrzeć panoramę miasta ze słynnego dachu Opery.

 


Widok faktycznie robi wrażenie - z jednej strony ciemne wody Oslofjordu upstrzonego mniejszymi i większymi wysepkami, półwysep Bygdøy ze słynnymi muzeami: Muzeum Łodzi Wikingów, muzeum Kon-Tiki czy muzeum statku polarnego Fram. Dalej panorama całego miasta, w której udało nam się wypatrzeć skocznię na wzgórzu Holmenkollen. Po dogłębnym przestudiowaniu widoku przemieściliśmy się na chwilę odpoczynku na schodkach na nabrzeżu, bo sam dach Opery jest - jak na norweskie standardy - całkiem zatłoczony.

Kolejnym punktem programu był park Frogner, pełen fantazyjnych rzeźb Gustava Vigelanda. Przedtem jednak udaliśmy się jeszcze na krótki spacer po centrum, obejrzeliśmy (z zewnątrz) katedrę, przeszliśmy się ulicami pełnymi markowych butików. Nie udało nam się również powstrzymać przed spędzeniem kilkunastu minut na rozwieszonym między drzewami na jednym z placów slacku ;) Potem już grzecznie wsiedliśmy do tramwaju, który zawiózł nas wprost pod bramę parku.
Taka tam katedra...
...a obok niej slack :D

Park Frogner zajmuje całkiem spory teren i jest naprawdę sympatycznym i zadbanym terenem zielonym, ale najatrakcyjniejsza pod względem turystycznym jest niewątpliwie część zwana parkiem Vigelanda, gdzie można obejrzeć kilkaset rzeźb autorstwa tegoż rzeźbiarza. Moja znajomość sztuki, a już w szczególności rzeźby, plasuje się mniej więcej na poziomie minus sto, ale wizyta w parku Vigelanda była prawdziwą przyjemnością. Niektóre rzeźby są nieco prowokacyjne i trudno nie myśleć o nich w kontekście erotycznym. Do myślenia skłania też na pewno umieszczona w centralnym punkcie Monolitten - kolumna stworzona z setek splecionych ze sobą ciał. Uroku temu miejsca na pewno przydawała wszechobecna soczysta zieleń i kwitnące, różnobarwne kwiaty.
Z obserwacji pozarzeźbiarskich: obydwoje zwróciliśmy uwagę na mnóstwo biegaczy w najróżniejszym wieku i o najróżniejszych kształtach. Fajnie!


Wcześniej tego dnia zastanawiałam się, gdzie przyjdzie nam nocować. Zdecydowanie nie chcieliśmy płacić za camping, natomiast nie bardzo mieliśmy pomysł, jak rozstawić namiot w środku wielkiego miasta :D Z pomocą przyszedł nam internet. Szukając atrakcji w Oslo, natknęłam się na wzmiance o wyspie Langøyene, jedynej w bezpośredniej bliskości miasta, na której można legalnie biwakować. I to był strzał w dziesiątkę! Na wyspę można dostać się promem, co początkowo nieco mnie zmartwiło ze względu na koszty, ale szybko okazało się, że przeprawy promowe zawierają się w cenie biletu na komunikację miejską. Idealnie!

Sprawdziliśmy wcześniej godziny połączeń i celowaliśmy w to ostatnie, żeby mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie miasta. Podróż niewielkim promem linii B4 trwała kilkadziesiąt minut, a po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na wyspie Gressholmen. Przez cały czas towarzyszyły nam piękne widoki, z początku na oddalającą się twierdzę Akershus i panoramę miasta, a później prym wiodła już woda, wybrzeże i mijane wyspy i wysepki. Mijaliśmy typowo skandynawskie, kolorowe domki (na pewno kojarzycie je z pocztówek) i nieco już przerzedzone grupki ludzi korzystające z ciepłego, lipcowego dnia.
Mijamy twierdzę Akershus

Langøyene składała się pierwotnie z dwóch wysepek, ale obecnie są one połączone szerokim pasem zieleni służącym jako miejsce do wypoczynku i rozmaitych aktywności na świeżym powietrzu. Kierując się za wyraźnymi znakami, szybko trafiliśmy na miejsce przeznaczone do biwakowania. Rozbiliśmy namiot i ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie: cisza, spokój, porządek, nic się nie dzieje. Mimo tego, że namiotów jest kilkadziesiąt i nikt tego zbiorowiska nie pilnuje. Do tego całkiem porządna (jak na darmowy camping) infrastruktura sanitarna. Wyobrażacie sobie taką sytuację u nas?

Po kolacji (pewnie jakaś zupka z proszku to była ;)) ponownie przekroczyliśmy przestrzeń łączącą obie wyspy, zaszliśmy na piaszczystą plażę i pomoczyliśmy łapki w wodzie (wcale nie taka zimna), po czym przenieśliśmy się na drugą wyspę. W trakcie dnia koło plaży działa kiosk z lodami, napojami i innymi przekąskami, ale o tej porze był już zamknięty. Na wyspie znajduje się rezerwat przyrody, więc nie można obejść jej wkoło. Za to na południowym krańcu można znaleźć plażę nudystów ;) My ograniczyliśmy się do krótkiego spaceru po skałach, gdzie zasiedliśmy, by ponapawać się ciszą i pięknymi widokami. W tym momencie wcale nie żałuję, że nie stać nas na nocleg w hotelu :)
"Nasza" wyspa
Pas zieleni pomiędzy wyspami
Sorry za bałagan ;)

sobota, 1 lutego 2020

Gdy jedna śmierć to za mało - „27 śmierci Toby’ego Obeda”




Bieganie po parku jest zasadniczo dość nudne. Szczególnie jeśli ten sam park odwiedza się zwykle kilka razy w tygodniu. Ażeby nieco umilić sobie kręcenie kółeczek, postanowiłam zacząć słuchać podcastów. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, a Spotify (czy jedna z wielu innych aplikacji) zapewnia setki godzin wartościowych podróży we wszystkich kierunkach. To właśnie wtedy, w jednych z odcinków podcastu „Dział Zagraniczny”, po raz pierwszy usłyszałam o kanadyjskich szkołach z internatem.

To było jak mocne, dobrze zamarkowane uderzenie w twarz. Historia, którą opowiedziała Joanna Gierak-Onoszko sprawiła, że przez resztę dnia chodziłam zupełnie otępiała, a pierwsze, co zrobiłam o poranku, to zamówienie w bibliotece jej książki „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Niestety, była wypożyczona, więc musiałam cierpliwie poczekać. Przez te kilka tygodni wspomnienie usłyszanego koszmaru nieco zbladło, ale jest to jedna z tych opowieści, których nie sposób zapomnieć… Ale o co właściwie chodzi?

Z czym kojarzy się Wam Kanada? Z syropem klonowym, bezkresnymi przestrzeniami, nowoczesnością, bogactwem? Multikulturowością, dobrobytem? A może z przystojnym, otwartym i uśmiechniętym premierem Justinem Trudeau?

A z poniżeniem, biciem, gwałtem? Z oderwaniem od rodziców, własnej kultury, niekończącym się strachem? Ze zlizywaniem własnych wymiocin, spaniem w zasikanych prześcieradłach, molestowaniem przez opiekunów? Z przypinaniem do krzesła elektrycznego? Trudno się czyta? Boli? I powinno. Bowiem taki właśnie los stał się udziałem wielu tysięcy rdzennych kanadyjskich dzieci.

Myślicie teraz, że z pewnością chodzi o zamierzchłe czasy, że to historia wykopana z archiwów, odczytana na nowo z pożółkłych dokumentów… Ostatnia szkoła z internatem została zamknięta pod koniec dwudziestego wieku. Piekło, które zgotowali rdzennym dzieciom duchowni (choć istniały także szkoły świeckie z równie mroczną historią) trwało jeszcze za życia większości z nas.

Pierwsze Narody (określenie Indianie jest uznawane za pejoratywne, a wręcz obraźliwe; prawo do używania ma jedynie osoba identyfikująca się jako Indianin) od zawsze były solą w oku kolonizatorów. Przeszkadzały im odrębna kultura i język „podbitych” narodów. Rząd Kanady postanowił, więc siłą zasymilować rdzennych mieszkańców, zaczynając od najmłodszych. Dzieci w wieku od pięciu do piętnastu lat były zmuszane do przebywania w placówkach z internatem, często na zawsze odrywano je od najbliższej rodziny.

W szkole nie pozwalano dzieciom mówić w ojczystym języku, nieraz karano biciem za każde „niewłaściwe” w oczach opiekunów słowo. Powszechne było molestowanie, nierzadko zdarzały się gwałty – również między wychowankami szkoły. Skutki niechcianych ciąż palono we wspólnym piecu. Każde dziecko umieszczone w takiej placówce umierało wielokrotnie. Jak zachować nadzieję, gdy absolutnie nikogo na świecie nie obchodził ich los?

Czy Kanada wiedziała, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami szkół? Trudno uwierzyć, że nie. Przecież placówki nie istniały w równoległej rzeczywistości, mieszkali ludzie. Raczej wiedzieć nie chciano. Takie były czasy, mówiono na powtarzające się doniesienia o nieprawidłowościach. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych wypowiedź Phila Fontaine’a, wpływowego polityka rdzennego pochodzenia, usłyszał cały kraj.

Phil Fontaine jest ocaleńcem. Tak mówią o sobie ci, którzy przetrwali szkoły z internatem. Udało im się – przeżyli. Joanna Gierak-Onoszko mogłaby ograniczyć do opisania na kartach książki „szkolnych lat” młodych Kanadyjczyków. Opowiadana przez nią historia jest jednak wielowymiarowa, tak jak wiele wymiarów miało (i wciąż ma!) cierpienie ocaleńców.

Cierpienie Toby’ego Obeda , ocaleńca z Labradoru, nie skończyło się, gdy opuścił szkolne mury. Zamiast świadectwa z czerwonym paskiem otrzymał rany psychiczne i fizyczne, nieumiejętność tworzenia jakichkolwiek relacji, skłonności do nałogów, lęki i depresję. Taką wyprawkę na dorosłe życie otrzymywały od szkoły rdzenne kanadyjskie dzieci. Jak miały przekazać miłość swoim dzieciom, skoro same otrzymały tylko gniew i nienawiść? W taki sposób dziedzictwo placówek z internatem było przekazywane na kolejne pokolenia.

Robimy to, co nam robiono. Siostra Anna Wesley, opiekunka w jednej ze szkół. Oskarżona w jednym z pozwów zbiorowych o znęcanie się nad dziećmi. Z opowieści ofiar wyłania się obraz kobiety-potwora, traktującej swoich wychowanków z niewyobrażalnym okrucieństwem. Gdzie jest haczyk? Anna Wesley była rdzennego pochodzenia, dzieciństwo spędziła w bliźniaczej placówce. Robimy to, co nam robiono. Evelyn, w dzieciństwie wielokrotnie gwałcona przez chłopaków z sąsiedztwa. Gdy po kilkudziesięciu latach decyduje się wnieść pozew i podaje do protokołu nazwiska sprawców, słyszy: nie mogę pani reprezentować, mam konflikt interesów. Robimy to, co nam robiono.

Chociaż naprawdę trudno stosować tutaj takie rozróżnienie, właśnie te fragmenty poruszyły mnie najbardziej. Zdaje się, że zło, ból i cierpienie wsiąkło w kanadyjską ziemię i nie daje spokoju kolejnym pokoleniom. Mój rozum może i jest racjonalnie w stanie pojąć skalę okrucieństwa, która stała się udziałem dzieci Pierwszych Narodów, ale serce zdecydowanie nie. Nawet teraz, pisząc o tych wydarzeniach, z trudem powstrzymuję cisnące się do oczu łzy.

Teraz Kanada uczy się przepraszać i żyć z brzemieniem, które sama na siebie nałożyła. Rząd zawarł ugodę, na mocy której wypłacono ocaleńcom odszkodowania wahające się od kilkunastu do nawet kilkuset tysięcy dolarów. Wielekroć wiązało się to jednak z rozdrapywaniem dawnych ran, wspominaniem oprawców, by utworzona na tą okoliczność Komisja Prawdy i Pojednania mogła odpowiednio wycenić ich cierpienie. Wrze także w przestrzeni publicznej. Kanadyjczycy uczą się życia w nowej, już nie tak kryształowo czystej rzeczywistości.

Dawni uczniowie, obecnie pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-. Siedemdziesięciolatkowie także starają się żyć i nadać życiu sens. Dzień po dniu. I próbują wybaczyć niewybaczalne.

Czasem stwierdzenie „brak mi słów” przestaje być tylko błahym frazesem, a staje się zwyczajnym stwierdzeniem faktu. Nie wiem, w jaki sposób udało się je znaleźć kanadyjskim ocaleńcom. Dobrze, że znalazła je Joanna Gierak-Onoszko. Ja chciałabym chyba tylko te wszystkie dzieci – skrzywdzone dzieci w ciałach dorosłych – mocno przytulić.

Przeczytajcie.

piątek, 1 lutego 2019

Łap za klamy zamiast za klamkę, czyli początki przygody w pionowym świecie

To był sierpień. I nie wiem, czy coś pachniało - pewnie tak, bo upał we Wrocławiu panował niemiłosierny. Rano zadzwonił Artur kończąc krótką rozmowę niewinnym pytaniem: "a, idziesz dziś ze mną wieczorem na ściankę?". NIE WIEM. I to nie było takie zwyczajne "nie wiem", tylko poważna życiowa rozterka. Dumałam cały dzień i popołudniu, gdy Artur wrócił z pracy, nie byłam wcale szczególnie bliższa odpowiedzi. Z jednej strony: pewnie, że bym chciała! Nic to zresztą dziwnego, gdy od dobrych kilku lat jeździ się na niemal wszystkie większe górskie festiwale, a na facebooku niemal non stop pojawiają się zdjęcia znajomych z wypadów na bliższe lub dalsze wspinaczki. Z drugiej jednak strony: kurde no, bałam się po prostu! Bałam się, że się wygłupię, bałam się, że - co gorsza - zrobię coś źle, a odkryty kilka miesięcy temu na Kościelcu lęk przestrzeni także nie nastrajał mnie pozytywnie. Na domiar złego nie bardzo miałam ze sobą sportowe ubrania, bo żadnych tego typu atrakcji w czasie pobytu we Wrocławiu (wówczas jeszcze tymczasowego) nie przewidywałam.

Oczywiście dałam się namówić, ale na wrocławski Eiger szłam na uginających się nogach, gotowa przy pierwszym impulsie strachu odwrócić się na pięcie i uciec. Po uiszczeniu odpowiedniej opłaty stałam się chwilową właścicielką kluczyka do szafki i uprzęży, Monika pożyczyła mi nawet swoje stare buty wspinaczkowe... I co dalej? Stanęłam na środku wielkiej hali, obserwując ludzi, którzy ze wszystkich stron poruszali się nade mną, trzymając się jakichś kolorowych wypustek. Zaliczyłam kilka lat wcześniej ze dwa pojedyncze wypady na ściankę, ale nie pamiętałam już absolutnie nic. Więc od nowa - jak założyć uprząż, jak zawiązać ósemkę, jak się przywiązać. No a potem - do góry! Och, jak ja się stresowałam ;) Tym niemniej wdrapałam się jakoś w końcu na górę, odkrywając po drodze, że taka kilkunastometrowa wysokość w zasadzie mi nie przeszkadza, a obecność liny łączącej mnie z osobą asekurującą daje całkiem spore poczucie bezpieczeństwa. Opuszczanie też przyszło mi całkiem bezboleśnie. Pod koniec pierwszej wizyty na ściance strach i stres powoli zaczynał znikać pod wpływem endorfin i radości z odkrywania nowej aktywności. Tym niemniej nie przyznawałam się i oficjalnie wciąż przeklinałam Artura, że mnie tam zaciągnął.

I tak przez kolejne tygodnie "dawałam się zaciągać". Przed każdą drogą miałam podobno minę godną zbitego psa... Artur sam z siebie pytał, czy chcę wracać do domu :p Jednak tak naprawdę już przy drugiej czy trzeciej wizycie ogromnej frajdzie towarzyszył tylko delikatny odcień strachu. A mina... chyba tak z przekory ;) No polubiłam to, nie da się ukryć.



Jak już przekonałam się, że ścianka wspinaczkowa prawdopodobnie nie ma wobec mnie żadnych morderczych zamiarów, zaczęły pojawiać się kolejne stopnie wtajemniczenia. W którymś momencie przestałam chodzić "po wszystkim" i nauczyłam się, które cyferki na karteczkach dadzą mi największe szanse na przeżycie. Niedługo potem zostałam podstępnie namówiona, żeby pójść "z dołem". Nie powiem, wpinanie liny w ekspresy nadal nie należy do moich ulubionych zajęć i wciąż nie jest dla mnie szczególnie intuicyjne, ale nie reaguję już konwulsyjnym wzdrygnięciem na brak wędki na drodze. Cieszmy się z małych rzeczy ;)

Od początku zdecydowanie więcej stresu powodowało u mnie asekurowanie niż samo wspinanie. Długo widok wyciągniętego w moją stronę przyrządu powodował u mnie mimowolne drżenie. Bardzo denerwowałam się, że zrobię coś nie tak. No bo umówmy się, na ścianie jednak zdecydowanie da się zrobić komuś duże ała. Ale jakkolwiek przydarzyły mi się różne przygody, takie jak palec wkręcony w przyrząd czy lina nie wpięta w karabinek, to obyło się póki co bez strat w ludziach (i palcach ;)). Długi czas też wręcz obsesyjnie przyklejałam się do wszystkich chwytów. Wychowana na literaturze himalajsko-alpinistycznej, cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy, że latać nie należy. W końcu jednak przekonałam samą siebie, że sztuczka ścianka to tak jakby trochę co innego i odpadać mogę śmiało (szczególnie na wędkę :D).

Mimo wszystkich lęków i obaw (a może właśnie dlatego) - warto było! Po trzykroć warto! Nic nie czyści mi głowy tak jak ściana. Żadna joga, żadne pilatesy i żadne spacery. Jakbym się nie martwiła albo nie złościła, to zaraz po przywiązaniu się do liny całkowicie pochłania mnie kwestia tego, gdzie postawić stopę albo czego się złapać. Totalny reset. Jeszcze jakoś latem Artur zażartował, że przyjdą takie czasy, że to ja będę go wyciągać na ścianę. Zareagowałam wtedy świętym oburzeniem, że jak to tak i że nigdy w życiu. Ale cóż... tak jakby zdarzyło się. A tydzień bez ściany jest smutnym tygodniem. Takie to dziwy.

Do tego stałam się szczęśliwą posiadaczką uprzęży i butów wspinaczkowych (Mikołaj przyniósł <3), co... znacząco ułatwia logistykę wyjazdów w skały. No właśnie, skały. Jeszcze we wrześniu, podczas festiwalu w Lądku, udaje się wspinania w skałach delikatniuteńko liznąć. W przerwie między dyżurami na stoisku robimy krótki skok w bok. Powisiałam sobie radośnie na jakiejś trójce, nie mając pojęcia, co dalej... Aż asekurująca mnie Kamila chyba straciła cierpliwość i sama zaczęła się dopytywać, czy by mnie nie opuścić. Ostatecznie jakoś się tam wydrapałam, potem na innej drodze pobawili się Artur z Kamilą i już właściwie trzeba było wracać.

Byłam święcie przekonana, że to pierwszy i zarazem ostatni wypad w skały w tym sezonie. Październik mieliśmy cały zajęty, a potem... toć to już prawie zima! Jako że początek listopada okazał się jednak cieplejszy niż niejeden letni dzień, to pierwszego zamiast na grobach spędziliśmy w pobliskich skałach. A właściwie w kamieniołomie. Było pięknie, ciepło, słonecznie. Nad naszymi głowami kilka osób próbowało swoich swoich sił na slacku przewieszonym nad zalewem. Ale nie obeszło się bez przygód - mianowicie, tym razem... zapomniałam butów. Przyszło mi więc wspinać się w butach miejskich. Tyle dobrze, że były to takie a la trapery, a nie na przykład kozaki :D Pierwszą drogę jeszcze w tym "obuwiu retro", jak podśmiewali się chłopaki, jakoś zrobiłam, ale dalej było już tylko gorzej. No nie byłam nijak tych butów nigdzie wsadzić, zaczepić, nie byłam w stanie oderwać się od ziemi. Ktoś rzucił: "pożycz buty od Artura". Początkowo zareagowałam histerycznym śmiechem, ale w sumie co szkodzi spróbować. Założyłam. Było o niebo lepiej. W butach wspinaczkowych o sześć rozmiarów za dużych. Taaaak. To był ciekawy wyjazd.

With a little help from my friend...
I to nieszczęsne prowadzenie...
Letnia pogoda nie ustępowała, więc dwunastego listopada, w nieco zmienionym składzie, ruszyliśmy ponownie. Tym razem zabrałam już buty i bawiłam się przednio, choć chwalić się zdecydowanie nie ma czym. Poza tym zostałam perfidnie zmuszona do poprowadzenia. Z dyndającymi przy uprzęży ekspresami, sercem w gardle i duszą na ramieniu powlokłam się tu góry. I tu zonk!, bo już dojście do pierwszej wpinki przysporzyło mi mnóstwa problemów... Potem było szczęśliwie nieco lepiej, ale i tak po skończeniu drogi miałam mordercze instynkty wobec tych, którzy mnie do niej namówili ;) Ach, a gdy wracaliśmy, to w samochodzie padł tytułowy tekst "łap za klamy, a nie za klamkę". Niestety zupełnie nie pamiętam już, jaki był kontekst, ale śmialiśmy się z tego bardzo.

Początkiem grudnia w czasie KFG miał jeszcze miejsce krótki epizod drytoolowy (poznanie Artura z Kamilą było zdecydowanie nieprzemyślane...), ale na niego zdecydowanie wolałabym spuścić zasłonę milczenia. Swoją przygodę zakończyłam jakieś dwa metry nad ziemią... Raki zsuwały mi się z butów, a dziabami to prędzej bym się zadźgała niż cokolwiek innego :D


Oficjalnie przestaję już więc się krygować, że wspinanie mnie nie bawi, bo bawi i to bardzo :) Dzięki, Artur ;)

środa, 4 lipca 2018

Góry, biegi i ciągle mi nie dość, czyli wakacje czas zacząć!

Piątek, godzina 8. Mission impossible czas zacząć. Przy łóżku wielki wór drewnianych krążków, na biurku pieczątka i stempelek, u Kamili sznurki. Czterysta pięćdziesiąt sztuk krążków - na każdym trzeba przybić pieczątkę, ostemplować, przewiązać sznurek - i będą z nich piękne medale. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. Bieg dzisiaj o dziesiątej wieczorem, po drodze jeszcze egzamin o szesnastej. Umiem wybitnie niewiele, więc zaraz po obudzeniu zakopuję się w książkach. A - wspominałam, że w sobotę wcześnie rano jadę na ponad tydzień w góry, nie kupiłam jeszcze biletu i oczywiście jestem absolutnie niespakowana? Także tak. Zapowiada się ciężki dzień...


Przeżyłam. O zmierzchu stawiam się na Kopie Cwila. Gdy nad Ursynowem powoli znika słońce, na szczycie pojawiają się pierwsi uczestnicy warszawskiej edycji Biegu dla Słonia. Słonia, czyli Artura Hajzera - legendy polskiego himalaizmu. Już po raz szósty setki, a nawet tysiące osób spotykają się pod koniec czerwca w wielu miastach Polski, by nocnym biegiem wspomnieć Słonia. Co roku równo o godzinie dwudziestej drugiej zapalają się setki czołówek, a chwilę później fala różnokolorowych światełek zaczyna sunąć do przodu. Widok jest niesamowity. Atmosfera jest niesamowita.

"Bo to historia, bo to marzenia, bo to historia godna przypomnienia...". To "dla" robi wielką różnicę. Właśnie to "dla" spowodowało, że trzy lata temu ja również stanęłam na starcie - ja, niebiegająca zupełnie i z przekonania. Wtedy, w Chorzowie, to było zapewne najdłuższych 7 kilometrów w moim życiu - ale było warto :)


Dziś szykujemy się na rekordową frekwencję i tak rzeczywiście jest - na Kopie Cwila stawia się sporo ponad dwieście osób. Przed biegiem wyświetlamy jeszcze film o Arturze - potem krótka pogadanka o kwestiach technicznych, i już - poooszli! Trasa warszawskiej edycji to nieco ponad pięć kilometrów, czyli pięć pętli z dwoma solidnymi podbiegami na każdej. Trochę gór musi być, nawet w stolicy ;) My, jednym okiem śledząc błyskające w oddali światełka, szykujemy medale, wodę i czekoladki. Drobnych problemów nastręczają plączące się niemiłosiernie sznurki - ale wspólnymi siłami udaje się pokonać także i tą przeszkodę. Następnych kilkanaście minut to kontrolowany chaos - nas mało, medali i chętnych na nie dużo. Nic to, przynajmniej wreszcie zaczyna mi być ciepło mimo zimnego wiatru.

Potem jeszcze tylko mnóstwo uśmiechów, losowanie nagród, sprzątanie i jazda do domu! Jest, bagatela, koło północy, a ja kompletnie w rozsypce. I zupełnie nieprzytomna do tego. W trybie zombie zbieram potrzebne rzeczy, usiłując jednocześnie posortować je na trzy wyjazdy i doprowadzić pokój do stanu używalności. Odbieram jeszcze przydziałowe trzy godziny snu i bladym, deszczowym świtem wsiadam w pociąg do Zakopanego - oczywiście bez gwarancji miejsca siedzącego...

Gdy równie deszczowym popołudniem docieram do słowackiego Zdziaru, marzę tylko o spaniu. Ale nic z tego - gdy wreszcie spotyka się niewidzianych od roku znajomych, do obgadania jest milion tematów! Obgadujemy więc - przy pizzy, a potem przy akompaniamencie słowackiego komentarza meczu Niemcy-Szwecja. Rozmowy trwają długo w noc...

Już prawie w Dolinie Kieżmarskiej...
W niedzielę czas w góry! Dzisiaj naszym celem jest Chata pri Zelenom Plese w Dolinie Białej Wody Kieżmarskiej. Tak się składa, że to jedyne miejsce w Tatrach Słowackich, które znam - spędziłam tam kiedyś kilka pięknych, śnieżnych, kwietniowych dni. Tym razem pogoda jednak nie rozpieszcza i w ciągu dnia trafia nam się tylko kilka słonecznych promieni. Otoczenie Chaty jest jednak przepiękne w każdych okolicznościach, a gdy jeszcze łączą się z nim takie wspomnienia, to już w ogóle można popaść w ekstazę, co też bezwstydnie czynię. Z rozrzewnieniem rozglądam się po znajomych kątach (nawet śpimy w dokładnie tym samym pokoju!), witam się z psim rezydentem Bruno i przyglądam się tym razem niezamarzniętej tafli Zielonego Stawu.

Po pierwszym, rozgrzewkowym dniu przychodzi pora na prawdziwą górską przeprawę. Po raz pierwszy w trakcie wyjazdu wzniesiemy się na ponad dwa tysiące metrów. Towarzyszą nam pojawiające się od czasu widoki na sprawiającą wrażenie coraz mniejszej dolinę. Jedynym trudniejszym momentem okazuje się przekroczenie żlebu - które to trudności zapewne również znacznie by się ograniczyły, gdyby po skale całkiem dziarskimi strumykami nie lała się woda. Niestety, gdy docieramy na Rakuski Przechód, otacza nas już mgła. Nie mogąc liczyć na okazałe widoki, szybko zwijamy się na dół. Na kolejny postój zatrzymujemy się schronisku Zamkowskiego, które oczarowuje mnie wiszącymi na ścianach pięknymi zdjęciami i innymi rekwizytami, a także całkiem niezłą gorącą czekoladą :) Ostatni dziś etap to męczące i nużące podejście do Chaty Tery'ego. Prawie sześćset metrów przewyższenia na stosunkowo krótkim odcinku solidnie daje w kość i do popularnej Terinki docieramy "na ostatnich nogach". (A te niekończące się schody zapamiętam na długo!). W ramach prysznica musimy zadowolić się umywalką z zimną wodą, a trzypiętrowe łóżka są nieco klaustrofobiczne. Ale nie narzekamy! Nagrodą są piękne widoki, które przy ładniejszej pogodzie można zapewne podziwiać wprost z okna jadalni. Nam okoliczne szczyty pokazują się dopiero, gdy na zewnątrz zapada już zmrok.

Widok z Terinki
Plany na jutro klują się w bólach - ostatecznie dzielimy się na dwie grupy. Ci odważniejsi przedostaną się do Zbójnickiej Chaty przez Czerwoną Ławkę (Na pytanie o warunki tam panujące pan ze schroniska odparł tylko: "a macie raki?". No więc nie mamy), a pozostali nieco naokoło, ale za to bez stresu ;) Ja decyduję się na drugą opcję. Szybkie zejście do Chaty Zamkowskiego, a potem długie i deszczowe podejście do Zbójnickiej Chaty. Tym niemniej w krótkich chwilach przejaśnień Dolina Staroleśna wydaje się absolutnie przepiękna. Na pewno tu jeszcze wrócę! Późnym popołudniem dolina i jej okolice ukazują się nam w pełnej krasie i... och. No tyle tylko powiem. Sesje zdjęciowe, studiowanie panoramy, podziwianie spacerujących kozic - wyciskamy tę chwilę do ostatniej kropli.

I Dolina Staroleśna w pełnej krasie
Przedostatni dzień w Tatrach okazuje się mocnym akcentem - ale rano jeszcze o tym nie wiem :D Trasa wychodzi na nieco ponad siedem godzin, więc zdecydowanie do przeżycia. Znów dzielimy się na dwie grupy - tym razem decyduję się "iść górą". Zaczynamy od przejścia przez Rohatkę - o ile podejście nie nastręcza większych trudności poza tymi natury kondycyjnej, o tyle zejście... solidnie podnosi ciśnienie. Choć raczej dlatego, że się nakręciłam niż z powodów obiektywnych. Łańcuchy w sumie jakieś straszliwe nie są, ekspozycji ogromnej też brak (acz spaść się da). Wszystko jest natomiast mokre, śliskie, leży trochę śniegu, a wkrótce zaczyna też dokumentnie lać. Tym niemniej wszyscy (łącznie z najmłodszym uczestnikiem wyprawy - lat niecałe osiem) przełęcz pokonali bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym i tylko niewielkim na zdrowiu psychicznym ;) Dalej już spokojniej - krótkie podejście na Polski Grzebień, tam znowu trochę łańcuchowych łamigłówek i wreszcie w dół, w dół, do Śląskiego Domu! Podczas popasu w schronisku rozlewa się już na stałe.

Nic to, trzeba ruszać. Magistralą trochę w górę, trochę w dół - mimo deszczu całkiem przyjemnie. W pewnym momencie ścieżka wychodzi jednak z kosodrzewiny i zaczyna trawersować odsłonięte zbocze. Wieje fest, a na śliskich kamieniach nietrudno o upadek. Moje kolana również zaliczają wkrótce bolesne zderzenie z nierównym podłożem. Tempo dość dramatycznie spada, deszcz zalewa oczy, a ja przeklinam wszystko i wszystkich. Kulminacją przeciwności losu jest wyjście na przełęcz pod Osterwą - gdzie silny podmuch wiatru najpierw rzuca mnie na kolana, a potem absolutnie bez mojej kontroli przesuwa o dobre dwa metry. Na kolanach przechodzę na drugą stronę przełęczy i niekończącymi się zakosami schodzę do Popradskiego Plesa. Oj, najadłam się strachu. Niby tylko piętnaście kilometrów, a wyszło dziesięć godzin walki i stresu. Takie tam wakacje w Tatrach ;)

Czas na zmianę dekoracji. Po raptem trzech przesiadkach (elektriczka i autobus x3) późnym popołudniem jestem już we Wrocławiu. Tam jakieś dziesięć minut na ogarnięcie się po prawie tygodniu w górach (Artur, zamorduję! ;)) i pora na pierwszą wizytę w Escape Roomie. Mimo początkowego stresu (wiecie, te przepaski na oczach i mroczne wizje tego, co będzie w środku) bawiłam się świetnie! I nawet udało się wyjść :) Chcę więcej!

Widoki ze Szczelińca Wielkiego
Kolejny dzień i kolejna zmiana dekoracji. Jeszcze tylko szybki spacer po Rynku i okolicach... Wrażenie takie, jakbym zmieniła strefę klimatyczną. Wczoraj o poranku para leciała z ust, dzisiaj w południe niemalże paruje asfalt. 29 stopni. I znowu w drodze - tym razem kierunek Karłów i Supermaraton Gór Stołowych! O ile imprezy organizowane przez Piotra Hercoga i Załogę Górską zdecydowanie nie są mi obce, o tyle na samym SGS i w Karłowie jestem po raz pierwszy - wcześniej termin zawsze pokrywał się z Biegiem dla Słonia.

Ledwo wysiedliśmy i zdążyliśmy się ze wszystkimi przywitać (same znajome twarze :)), a chłopaki już ciągną mnie na Szczeliniec. Udaje mi się wynegocjować tylko pięć minut na zmianę zwiewnej sukienki i balerinek na coś bardziej odpowiedniego ;) Podejście na Szczeliniec Wielki zapamiętałam jako niekończące się schody i nieszczególnie się pomyliłam. Nie chce mi się tam iść zupełnie. Przekonuje mnie dopiero prześwitujące zza drzew czerwieniejące słońce. Jest szansa na ładny zachód! W istocie, na górze jest pięknie.  Z tarasu widokowego widać Karkonosze i wszystkie inne okoliczne góry i górki, a to wszystko oświetlone promieniami zachodzącego słońca. No warto było, nie powiem.

W oczekiwaniu na ostatni transport do rozładowania decydujemy się z Arturem zwiedzić szczelińcową trasę turystyczną. Jestem tu drugi raz i drugi raz już po zamknięciu :) I tak jest najlepiej! Pusto, mijamy tylko fotografa spragnionego ciekawych kadrów. Żadnych tłumów, żadnych wycieczek szkolnych, żadnych wrzeszczących dzieciaków. Wtedy, gdy powoli zapada zmrok, labirynt skalny na Szczelińcu to czysta magia. Ciemność zastaje nas na jednym z punktów widokowych. Patrząc przed siebie, łatwo stracić poczucie czasu, co też skwapliwie czynimy. Pewnie można by tam gadać do rana... ale trzeba zdążyć na odprawę ;) Przyświecając sobie czołówką, sprawnie schodzimy do Karłowa.

W sobotę czeka mnie debiut w nowej roli: sędziego trasy. Brzmi dumnie, a tak naprawdę chodzi głównie o wskazywanie biegaczom drogi. Na mój punkt niestety niespecjalnie da się dojechać, więc punkt szósta we trzy ruszamy w las. Nie powiem, trochę zazdroszczę tym, którzy dopiero przewracają się w śpiworze na drugi bok. Idzie się całkiem przyjemnie - mijamy Pasterkę, granicę polsko-czeską i po długim zejściu zostawiamy Izę na jej stanowisku. Ania uprzedza, że do "mojego" Panov Kriz czeka nas spore podejście. Ał! Rzeczywiście, dotarcie tam zajmuje nam dobrą godzinę. Ania rusza dalej, a ja zostaję na polanie - i czekam na pierwszych zawodników. Są! Wkrótce od stania w miejscu zacznę dygotać, dłoń spuchnie mi od przybijania piątek, a gardło zedrze się od kolejnych okrzyków. Kwintesencja wolontariatu na biegach ultra :)

Gdy wszyscy już przebiegną, ruszam na metę. Na szczęście trochę krótszą drogą ;) Nogi porządnie mi zdrętwiały i teraz każdy krok boli. Ale - w zasadzie nigdzie mi się nie spieszy. Powoli turlam się więc na parking pod Szczelińcem, gdzie znajduje się jeden z punktów żywieniowych. Tam znów czas na pogaduchy, podebranie kawałka ciasta i arbuza, pokibicowanie. Przecież niiiigdzie mi się nie spieszy - ważne tylko, żeby dotrzeć do mety przed pierwszym. A jak jeszcze słyszę, że na górze koszmarnie wieje, to przestaje mi się spieszyć w ogóle. W końcu leniwie wdrapuję się na Szczeliniec.

Wieje faktycznie. Może głowy nie urywa, ale wiatr jest zimny i przenika przez wszystkie warstwy odzieży. Po kilku godzinach spędzonych we względnym bezruchu na mecie będę dygotać w bluzce termicznej, koszulce, polarze i kurtce. Fuchę mam znaną i lubianą - wręczanie medali. Wynagrodzenie? Kilka uścisków, przybitych piątek i mnóstwo uśmiechów! Mimo zimna bawimy się świetnie - tańczymy, śpiewamy i niech się wstydzi ten, kto słyszy ;) Wszystkich biegaczy na mecie wita niezastąpiony konferansjer Wojtek Heliński, fotkę strzela cudowna Gosia Telega, zespół medyczny obcina palce (eee, znaczy chipy), a Seba wydaje piwo :D

fot. Gosia Telega
Na metę trasy Supermaratonu (53 km) pierwszy wpada Maciej Dombrowski, następnie z ponad dwudziestominutową stratą Janusz Majer, a podium uzupełnia Andrew McConnell z dalekiej Australii.

Wracam na dół wymarznięta i trochę zmęczona dłuuugim dniem, ale przeszczęśliwa i naładowana pozytywną energią. Jeszcze tylko improwizowane przyjęcie urodzinowe dla Kuli (sto lat sto lat sto lat sto lat niechaj żyje nam!) i lulu ;)

Niedziela zapowiada się troszkę spokojniej. Dziś zaplanowany jest start półmaratonu. Po śniadaniu wskakujemy więc do auta i jedziemy na parking pod Szczelińcem. Rozkładamy punkt, kroimy owoce, ciasto, wykładamy żelki i wafelki, pracowicie rozrabiamy izotonik i nalewamy wodę. A potem... już tylko czekanie. Wiuuu! Wiuuu! Wiuuu! Tak mniej więcej mija nasz punkt czołówka. Ledwo się człowiek zdąży zorientować, że ktoś biegnie, a on już znika na horyzoncie ;) Kolejni zawodnicy już się u nas na chwilę zatrzymują. Łyk wody czy coli, kawałek arbuza w dłoń i w drogę!

A na metę wbiegam tak :D fot. Gosia Telega
Po największej fali biegaczy postanawiam odmeldować się u kierownika punktu (bo jest nas tam i tak duuużo) i przenieść się na metę. Myślałam, że uda zdążyć się na Szczeliniec przed pierwszym, ale - nie ma szans. Pavel Brydl nokautuje resztę stawki i melduje się na mecie z czasem 1:43:47. Podium uzupełniają Jan Napravnik i Dominik Włodarkiewicz. Oczywiście prawie udaje mi się przegapić wbiegającego na metę Artura, który po otrzymaniu należnego medalu i należnego piwa zwija się na dół, bo na Szczelińcu panuje tradycyjna pizgawica ;) A wpadający na metę rozgrzani biegacze odczuwają ją zapewne jeszcze bardziej niż my... Ja zostaję jeszcze kilkadziesiąt minut, żeby pomóc z medalami, bo dzisiaj, po pokonaniu dużo krótszej trasy, zawodnicy często dobiegają w kilku, a nawet kilkunastoosobowych grupach i jedna osoba zdecydowanie nie ma szans nadążyć z ich dekorowaniem.

Zasłużony chillout fot. Gordon
W końcu jednak także uciekam na zasłużony (chyba ;)) odpoczynek. Chillout przebiega najpierw na kamieniu po drodze na Szczeliniec - bo chcemy złapać zasięg, którego w Karłowie nie ma - a potem już na trawie, w strategicznej bliskości miejsca dekoracji zawodników, w której Artur będzie brał udział. Wreszcie jest trochę słonka, można się powygrzewać, a nawet poopalać... jest cudownie :)

A potem już tylko powroty, te smutne powroty. Smutne - bo zawsze chce się więcej. Więcej emocji, więcej zmęczenia (sic!), więcej tego pięknego czasu z pięknymi ludźmi. Załogo, jak zawsze - dziękuję! Jesteście najlepsi :)

czwartek, 24 maja 2018

Find your getaway, czyli przygoda w wielkim mieście

O festiwalu Getaway wiedziałam niewiele. Ale to i dobrze - w zasadzie wystarczało mi tyle, że organizuje go fajna ekipa pozytywnie zakręconych ludzi. To zwykle gwarantuje dobrą imprezę :)

Wróciłam... zachwycona. Niewyspana, zmęczona, podrapana, ale przeszczęśliwa. Stojąca na niesamowicie wysokim poziomie organizacja, multum atrakcji, ciekawe prelekcje i filmy, piękna pogoda, no i świetne towarzystwo - wszystko to zagrało idealnie.

Dziewczyny w komplecie ;) fot. Kamila Gajewska
Getaway Festival to impreza nowa i chyba pierwsza taka na mapie Poznania. Słowo "outdoor" pojawia się w jej nazwie nieprzypadkowo - ten festiwal to zdecydowanie więcej niż prelekcje w dusznych salach i stoiska na zimnych korytarzach :)

Były hamaki. Dużo przytulnych hamaków we wszystkich kolorach tęczy. Obok nich - slackline. Wąska taśma zawieszona kilkanaście czy kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. I uwierzcie mi na słowo, przejść całą długość slacka to nie lada sztuka. Poza tym - dmuchana ścianka wspinaczkowa dla małych i dużych. Ach, zapomniałabym - jeszcze rowery.

fot. Kamila Gajewska
Kolejne atrakcje czekały nad Wartą. Czekał WartaCamp - czyli kilkanaście namiotów gotowych na przyjęcie strudzonych festiwalowiczów na nocny wypoczynek. Dalej strefa wodna, gdzie wypożyczyć można kajak albo spróbować swoich sił na SUPie. Do tego o poranku coś dla ciała i ducha - czyli joga, a wieczorem... lot balonem. Ach, jeszcze spływ kajakowy i bieg na orientację. I pewnie jeszcze kilka aktywności, o których zapomniałam.

Tak tak, to wciąż ta sama impreza! A nie wspomniałam nawet o prelekcjach i filmach, czyli tym, co stanowi o sile większości festiwali. Na tym polu organizatorzy też nie mieli się czego wstydzić. Można było posłuchać m.in. opowieści Krzysztofa Starnawskiego, Krzysztofa Wielickiego, Janusza Gołębia czy Piotra Pustelnika.

fot. Asia Wójcik
A mówią, że od przybytku głowa nie boli... Tymczasem od samego patrzenia na program mogło się w głowie zakręcić! No nic, coś trzeba wybrać. Szczególnie, że przecież w perspektywie było jeszcze stoisko Fundacji - gdzie wypadałoby, żeby ktoś jednak był :) Jednak udało się podzielić pracą tak, że nikt nie wyjechał z Poznania z niedosytem.

W sobotę szykowałam się w zasadzie na jedną prelekcję - Kamili Kielar. Odkąd usłyszałam tę dziewczynę na festiwalu w Rzeszowie, z niecierpliwością czekałam na kolejną okazję do posłuchania o kolejnej niesamowitej wyprawie. Tym razem Kamila opowiadała o samotnym przejściu Pacific Crest Trail - bagatela 4300 kilometrów przez Stany od granicy z Meksykiem aż po Kanadę.Ciągnie się przez trzy stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton. Każdy z nich oferuje jedyne w swoim rodzaju krajobrazy, przygody i doznania. Wije się przez pustynie i lasy deszczowe, wspina się na ośnieżone szczyty i przekracza rwące rzeki. A wraz z nim wszyscy śmiałkowie, którzy pragną zmierzyć się z jednym z najdłuższym szlaków Ameryki Północnej. I nie dajcie się zwieść sielskim kadrom - w 2017 Pacific Crest Trail pochłonął kilkanaście istnień, głównie podczas przepraw przez strumienie.


Prelekcja... wbiła mnie w krzesło. I żadne himalajskie szczyty, żadne mrożące krew w żyłach opowieści o szczelinach, żadne lawiny nie pozostawiły mnie w takim osłupieniu. Nie sprawiły, że musiałam zbierać szczękę z podłogi. Nie pytajcie mnie, dlaczego... nie wiem. Może dlatego, że ten rodzaj wyzwania jawi mi się jako mimo wszystko bardziej dostępny? Bo przecież wystarczy "tylko" iść? Oczywiście, złudne to wrażenie. Nie oceniłabym wyprawy Kamili niżej od zdobywania najwyższych gór świata. W ogóle bym ich nie porównywała, bo się zwyczajnie nie da.

Z zapartym tchem oglądałam filmik z przekraczania jednej z rzek, który otwiera oczy. Pokazuje, jak w ułamku sekundy z sytuacji - wydawałoby się - pełnej kontroli można przejść do walki o życie. Jak niewiele trzeba, by stracić grunt pod nogami i zostać porwanym przez rwący nurt. Emocjonujący obraz w połączeniu ze spokojnym komentarzem Kamili robił naprawdę niesamowite wrażenie. Poza tym zdjęcia - a każde takie, że z przyjemnością oprawiłabym je w ramkę i powiesiła na ścianie. No i opowieści - w sumie o codzienności. O codziennej drodze, o ludziach spotkanych na szlaku, o różnych terenowych przeszkodach. Tyle, że codzienność nieco różni się od tej warszawskiej ;) Bardzo doceniłam również kilka chwil poświęconych etyce takich wypraw - temacie niezbyt chętnie podejmowanym przez prelegentów. A przede wszystkim bardzo ciekawe uwagi na temat - cóż, dotyczący w ten czy inny sposób nas wszystkich - publikowania w mediach społecznościowych.

fot. Getaway Festival
Walka trwa :D fot. Kamila Gajewska
Jak już pozbierałam wszystkie zęby, to... poszłam pogubić je znowu na slacku. Zawieszona kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią taśma ma niesamowite właściwości przyciągające. Jeśli chociaż raz spróbuje się zrobić kilka kroków na slacku, to trudno będzie się oderwać. Spędziliśmy wokół dwóch slackline'ów długie godziny, próbując utrzymać równowagę na rozchybotanej taśmie. Pewne sukcesy na tym polu odniosłam - wieczorem udawało się czasem zrobić już nie trzy, a osiem czy nawet dziesięć niepewnych kroków. Okupiłam to co prawda dwoma nieprzyjemnymi zderzeniami z ziemią (a naprawdę niewiele brakowało, żebym stłukła do tego okulary) - ale było warto :D

Późnym popołudniem festiwalowy korytarz obiegła wiadomość - można polecieć balonem! Z początku wcale nie paliłam się do tej idei - lecieć gdzieś wysoko, w tym malutkim drewnianym koszu? Nie ma mowy! Gdy jednak okazało się, że cała przejażdżka trwa jakieś trzy minuty, a balon jest uwiązany do ziemi - błyskawicznie decyduję, że nie można przepuścić takiej okazji :) Poszłyśmy więc z Asią i Kamilą nad Wartę, zlokalizowałyśmy balon, ale niestety... nigdzie nie poleciałyśmy, bo zbyt silnie wiało. Udało się przy drugiej próbie. Zmierzchało, gdy oderwałyśmy się od ziemi. Było świetnie, tylko szkoda, że tak krótko. Gdy już odważyłam się wyprostować nogi, zaczęłam z kolei obawiać się, że płomień spali mi włosy. Szczęśliwie obyło się bez strat własnych i w pamięci pozostały mi głównie piękne widoki Poznania o zmierzchu.

fot. Kamila Gajewska
Wieczorem impreza. Też nad rzeką, jakieś kilkanaście kroków od campingu, także problem trafienia do łóżka odpada. Długie rozmowy, śmiechy, wszędzie wokół znajome twarze. Potem jeszcze nocne zwiedzanie Poznania. Gdy wróciłam do namiotu, akurat zaczynało świtać. Szybko zrobiło mi się koszmarnie zimno, ale w stanie półsennego letargu nie byłam w stanie zmobilizować się, by sięgnąć po kolejną bluzę. Zresztą niebawem zaczęło przygrzewać słońce i namiot zamienił się w saunę.

Śpiące królewny fot. Kamila Gajewska
Rano szybko - zanim organizm zorientował się, jak bardzo jest niewyspany - zebrałam się, pożyczyłam matę i ruszyłam na jogę. Daleko nie miałam, bowiem zajęcia odbywały się na trawie nad samą rzeką. O tak, tego mi było trzeba! Chociaż po spędzonej w niewygodnej pozycji nocy mój poziom rozciągnięcia był wyjątkowo żenujący, i tak spędziłam świetne półtorej godziny. Szczególnie relaksacja w promieniach słońca, gdy źdźbła trawy łaskotały mnie w stopy, a pod plecami czułam nagrzaną ziemię, była wyjątkowo przyjemna :)

Dalszy ciąg leniwej niedzieli upłynął na kolejnych zmaganiach ze slackiem, polegiwaniem na hamaku - no i oczywiście w pełnej gotowości na stoisku ;) Popołudniu wybrałam się jeszcze posłuchać opowieści Wojtka Grzesioka o zdobyciu Denali Filarem Cassina. No i co tu dużo mówić - było przyjemnie i zabawnie, jak to na prelekcjach Kaniona :) Uciekamy z Poznania, zanim na
meczu Legia-Lech zaczęło robić się gorąco... Do następnego, to był piękny czas!

fot. Getaway Festival

środa, 9 maja 2018

Lost in Kościeliska i inne majówkowe przypadki

Wróciłam w poniedziałek. Z twarzy nadal schodzi mi skóra, nogi dopiero co przestały boleć, a na łydkach pyszni się kolekcja siniaków powstałych w wyniku nie do końca kontrolowanego kontaktu ze skałą. Plecak stoi w kącie pokoju i patrzy na mnie z wyrzutem, czekając na rozpakowanie. Nadal nie mogę się odnaleźć w tej warszawskiej rzeczywistości. Ale mimo tych jęków, narzekań, powtarzanego w nieskończoność "dalej nie idę!", zmęczenia, zakwasów, zagubienia i przemoczenia... tam jest moje miejsce. I nie zamieniłabym tych "męczarni" na nic innego ;)

Na długi weekend majowy w planach jest tylko krótki wypad do Bydgoszczy. Potem już jedynie błogie lenistwo w działkowym hamaku... Gdy jednak Artur pisze do mnie z propozycją wyjazdu w góry, to... no co mogę zrobić? Przecież majówce w Tatrach się nie odmawia! :D

Skutkiem tego wyjazd do Bydgoszczy zostaje skrócony do dwóch dni, marzenia o hamaku idą w odstawkę, a ja z samego rana w Święto Konstytucji wyruszam na południe. W Zakopanem jestem na tyle późno, że wiem, że dzisiaj już żadne góry grane nie będą. W planach na dziś jest dotarcie na kwaterę w Kirach, znalezienie czynnego sklepu... i czekanie. O zmroku udaje się jeszcze wybrać na króciutki spacer do opustoszałej o tej porze Doliny Kościeliskiej. Potem już tylko z coraz większą niecierpliwością wyczekuję na powrót ekipy, z którą przyjdzie mi spędzić kolejne dni.

I co ja robię tuuu? Wyjazd jest z gatunku tych mocno spontanicznych. Artura poznałam miesiąc temu na Sztafecie Górskiej, pozostałych dwóch osób (wnioskując po ilości plecaków w pokoju ;)) nie znam wcale. Skrzypnięcie otwieranych drzwi słyszę dopiero, gdy na zewnątrz od dawna panuje absolutna ciemność. Witam się z Arturem, poznaję dziewczyny: Monikę i Magdę. Czemu tak późno? A bo zamiast na Czerwone Wierchy poszli na Czerwone Wierchy, Kasprowy, Świnicę i Zawrat... Ładna mi wycieczka na rozruszanie nóg... 13 godzin! Już wtedy powinnam przeczuwać, że z nimi jest coś zdecydowanie nie tak i uciekać, gdzie pieprz rośnie :D

Na kolejny dzień planów jest aż za dużo. Ostatecznie Monika z Arturem decydują się na wspinanie w Dolinie Lejowej, a my z Magdą idziemy na, khm khm, spacer. Dolinka okazuje się całkiem urokliwa. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, ludzi brak. Dalej przez Niżną Kominiarską Polanę (ładnie tam!) i jak zwykle tłoczną i gwarną Kościeliską ruszamy w kierunki Hali Stoły. Podejście dłuuuży się niesamowicie, niby taki pagórek, a jakoś się idzie i idzie. Tyle dobrze, że przynajmniej po drodze jakieś widoczki. Niestety widoczki obejmują również coraz bardziej zachmurzone niebo, więc przyspieszamy kroku. Na Hali jest... sielsko. Odpoczywamy, jemy, pijemy, cykamy fotki. W sumie nigdzie nam się nie spieszy. Dopiero pierwsze krople deszczu zmuszają nas do rozpoczęcia niespiesznego zejścia. Zatopione w rozmowie docieramy do Kościeliskiej...

Hala Stoły ma swój urok nawet w pochmurny dzień
...i gubimy się! Tak, ja też myślałam, że w Kościeliskiej nie da się zgubić :D Ale my jesteśmy wyjątkowo zdolne i umiemy! Konkretnie obieramy zły kierunek: zamiast skręcić w stronę wylotu doliny, wytrwale podążamy do schroniska. I nic nam nie przeszkadza: ani to, że dno doliny cały czas się wznosi, ani mijane po drodze odbicia do kolejnych jaskiń, ani fakt, że czas się trochę nie zgadza. Jeszcze podchodząc do szlakowskazu, żartujemy sobie: "haha, a co to by było gdybyśmy się pomyliły i poszły w przeciwną stronę?". Potem podchodzę bliżej, widzę strzałkę podpisaną "Ornak", jak na filmie odwracam się powoli i... widzę błyszczący w ostatnich promieniach słońca dach schroniska. O k....!

No i to jest taka sytuacja, że właściwie nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Wybieram opcję histerycznego śmiechu. Po wstępnym uspokojeniu się siadamy na chwilę przed schroniskiem. Ledwo zdążamy otworzyć plecaki i zaczyna padać. Po chwili dołącza grad i coraz głośniejsze grzmoty. Świetnie! Nie dość, że przed nami jeszcze półtorej godziny drogi, to do tego w ulewie. Próbujemy wziąć opady na przeczekanie, ale one wcale nie zamierzają przestawać... Magda zaopatruje się więc w schronisku w gustowną pelerynkę i w momencie, gdy deszcz wydaje się nieco słabnąć - ruszamy.

Niestety wkrótce powraca nasz ulubieniec - grad. Boli! Lodowe kuleczki smagają po rękach, głowie, plecach. Do tego co jakiś czas niebo z efektownym trzaskiem rozdziera piorun. A ja się burzy w górach trochę boję, odkąd jako dwunastolatka miałam w Bieszczadach z taką jedną bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Teraz niby jesteśmy w dolinie, no ale i tak zachwycona nie jestem. Droga oczywiście usiana jest kałużami, a miejscami zmienia się w całkiem wartki strumień. Pod drzewami i skałami co jakiś czas migają zamazane ludzkie sylwetki. Na pocieszenie kupujemy sobie w bacówce po oscypku.

Nie jestem nawet zła. Mimo wszystko całkiem śmieszy mnie ta sytuacja. No bo serio, jak można zgubić się w Kościeliskiej?! Gdyby nie ta drobna pomyłka, już od dawna byłybyśmy suche na kwaterze :) Niemalże w drzwiach spotykamy się z Moniką i Arturem, którzy oczywiście umierają ze śmiechu, słysząc, co nam się przytrafiło. I nawet trudno im się dziwić... Już w pokoju przekonuję się, że mokre mam absolutnie wszystko. W butach powoli tworzą się wręcz osobne zbiorniki wodne. Ciekawe, czy do rana wyschną...

Nie wyschły. Zresztą poranek jest trudny pod wieloma względami ;) Nasze ambitne plany wcześniejszego pójścia spać spaliły na panewce ze względu na przemiłą, acz długą integrację z parą z sąsiedniego pokoju. Przy rozmaitych trunkach i jadle opowieści płynęły wartko późno w noc. Mimo wszystkich przeciwności losu ogarniamy się i jeszcze przed ósmą wyruszamy do naszej ulubionej doliny... Tak, zgadliście: Kościeliskiej :D Ja mam na dzisiejszy dzień bardzo sprytny plan: Kościeliska-Iwaniacka Przełęcz-Chochołowska i oczekiwanie na Artura i Monikę przy szarlotce i książce. Miło, lekko i przyjemnie. Ech, powinnam już się nauczyć, że z nimi tak się nie da... W efekcie książki nawet nie otworzyłam, za to zatargałam ją między innymi na Starorobociański Wierch ;)

Takie widoki na śniadanie
Na śniadanie serwujemy sobie po szarlotce w schronisku. Potem drapiemy się na Iwaniacką Przełęcz, gdzie niemalże siłą zostaję zaciągnięta przez Artura na szlak na Ornak. Żegnajcie plany... Na szczycie żegnamy się z Magdą, która wraca do Zakopca na autobus (szczęściara ;)). My zaś człapiemy się (ja) lub idziemy (Monika i Artur) na Starorobociański. Podejście wydaje się nie mieć końca... Zakosy, zakosy, zakosy. A do tego miejscami całkiem efektowna lufa po polskiej stronie. Gdy ostatkiem sił wdrapuję się na górę, słyszę: "chodź tu szybciej, bo góra zniknie!". W istocie, na niewątpliwie rozległą panoramę zaczyna nachodzić mgła i na zdjęciu za plecami mamy już głównie mleko. O dziwo, na najwyższym szczycie podczas naszej wędrówki wieje zdecydowanie najmniej.

Podziwiamy widoki :D
Znajdź kozicę ;)
Jest całkiem ciepło i można by tak siedzieć w nieskończoność... gdyby nie to, że Artur zaplanował na dziś jeszcze kilka atrakcji :D Droga na Kończysty wydaje się całkiem przyjemna, szczególnie, gdy w perspektywie ma się już tylko zejście. Akurat! Gdy tylko stajemy na szczycie, słyszę, że "stąd na Wołowiec to już jest w zasadzie blisko". Ta, jasne. Bagatela dwie i pół godziny. Ostatecznie daję się namówić TYLKO na oddalony o 45 minut Jarząbczy Wierch. Droga tamże okazuje się nawet całkiem krótka, przyjemna i w sprzyjających warunkach na pewno widokowa. Po drodze spotykamy nawet kozicę wylegującą się na półce kilkadziesiąt metrów niżej.

W drodze na Jarząbczy
Na Jarząbczym staje okoniem. Nie idę dalej, nie mam siły, nie ma szans, no way. Idźcie, ja zejdę na dół. Nie Artur, nie przekonasz mnie :D No i nie przekonał. Ostatecznie z Moniką schodzimy na dół, a Artur decyduje się jeszcze pobiec na Wołowiec i Grzesia (szaleniec!). Zejście daje solidnie w kość kolanom. Nie dość, że dość strome, to na zejściu z Trzydniowiańskiego składające się z wyjątkowo nieprzyjemnych schodów. Jeden schodek sięga do pół łydki, drugi do kolana, trzeci do pół uda. Superrr. Do tego zero widoków, by choć trochę uprzyjemnić schodzenie. Po drodze rozmowy o wszystkim i o niczym. Na przykład o tym, że te Zachodnie to jednak wcale nie są takie pagórki. Powiedziałabym, że ani wysokością ani ekspozycją wcale nie ustępują sporej części szczytów w Tatrach Wysokich.

Okazuje się, że Artur zdążył zbiec, zjeść szarlotkę w schronisku i jeszcze wyjść nam naprzeciw. Także tego... Już we trójkę schodzimy Chochołowską, która rzeczywiście okazuje się okropna i wysysająca wszystkie siły. Później jeszcze kilkadziesiąt minutek do Kir i po raptem 11 godzinach i prawie 30 kilometrach kończymy wycieczkę. Nie mam już nawet siły wściekać się, że miały być (przynajmniej dla mnie) cztery godziny, a nie jedenaście ;) Przecież doskonale wiem, że tak naprawdę to powinnam się cieszyć, że Monika i Artur wykazali się wystarczającą determinacją, żeby mnie tam zaciągnąć :D

Resztę wieczoru spędzamy każde zawinięte w kokon własnego śpiworka. I nic więcej do szczęścia nie trzeba… Poranek jest tym razem może nie ciężki, ale po prostu bolesny. Nogi ciągną, a kolana protestują przy każdej próbie zginania. Na dzisiaj w planach Kościelec. To znaczy – zależy w czyich. Osobiście mam z tą górą doświadczenia średnie. W zeszłym roku skręciłam sobie kolano w pierwszym trudniejszym miejscu i dziś naprawdę nie czuję się na siłach, by ponawiać próbę.

Jeszcze zadowolona ;)
Dzisiejszy cel po lewej
Póki co ruszamy jednak opustoszałym szlakiem przez Boczań. Temat na dziś: gdzie podziali się ludzie? Heloł, mamy majówkę! Co prawda jest jeszcze wcześnie, ale żeby tak nikogo? Zresztą wczoraj w Tatrach Zachodnich też tłumów nie uświadczyliśmy i tak samo było podobno w czwartek. Owszem, w Kościeliskiej i Chochołowskiej kręciło się sporo turystów, ale w żaden sposób nie da się tego porównać chociażby ze szczytem sezonu nad Morskim Okiem. A przecież, gdy rozmawialiśmy ze znajomymi o naszych planach, reakcja była mniej więcej podobna: „haha, uważajcie, żeby Was nie zadeptali!” :D


Tymczasem idziemy dalej. Nad Czarnym Stawem naliczamy w szczytowym momencie 12 (!) osób. Przecież tyle osób to tam bywa w wakacje o piątej rano ;) Korzystając z okazji, każde z nas zalicza fotkę na charakterystycznym głazie tuż nad brzegiem stawu. Czarnego szlaku na Karb nie wspominałam zbyt dobrze i zdania raczej nie zmienię. Męcząco, stromo i po schodach. Jedyne urozmaicenie stanowi dwukrotne pokonywanie płata śniegu  - no i widoki. Te są rzeczywiście fenomenalne. Niebo jest absolutnie czyste i przygrzewa słoneczko, ale jednocześnie wieje, więc wcale nie jest gorąco.

Na Karbie próbuję uprzejmie poinformować Monikę, że wybieram się już na dół. Nic z tego. „Artur, chodź! Potrzebna jest Twoja interwencja!”. Cóż mam powiedzieć… poszłam. Noga za nogą, wlokąc się nieprzytomnie – nawet jak na mnie – ale poszłam. Koszmarnie bałam się tego pierwszego progu. I faktycznie, dokładnie w tym samym miejscu, przy tym samym ułożeniu nóg – coś mi w kolanie strzela. Tym razem na szczęście nie idzie za tym żaden ból. Uff. Ruszamy dalej. W tempie żółwia, ale przynajmniej do góry. Przy każdym zakręcie wyklinam Monikę i Artura i ich pomysły ciągnięcia mnie na górę – przepraszam ;) Artur niewzruszenie pomaga w trudniejszych miejscach – podpowiada, gdzie ustawić stopę, pokazuje chwyty.
 
Robię dobrą minę do złej gry :D

W końcu ostatnie kilka minut nerwówki i jest! Przeżyłam :) Na szczycie niespodzianka – boję się przestrzeni. Nigdy nie miałam lęku wysokości, ale taka panorama 360 stopni z solidną lufą z trzech stron świata to chyba dla mnie jednak trochę za dużo. Dopóki podziwiam widoki z pozycji siedzącej, jest w miarę w porządku, ale gdy wstaję do zdjęcia, czuję się mocno niepewnie. Dlatego hasło „schodzimy” przyjmuję z niejaką ulgą. Samo zejście z wierzchołka i kolejne odcinki skalne są – jak to zwykle bywa – nieco trudniejsze w dół, ale z pewną pomocą zewnątrz jakoś gramolę się coraz niżej. I nawet już tak bardzo nie narzekam ;) Trzeba przyznać, że szlak na Kościelec nie prowadzi przesadnie blisko przepaści, także ekspozycję można poczuć jedynie na wierzchołku. Nie żeby mnie to przeszkadzało…




Z Karbu już nieco swobodniej w dół. Podczas przejścia przez uroczą i zawsze piękną Zieloną Dolinę Gąsienicową zaliczam jeszcze trochę śniegu w butach – w końcu to pewnie ostatni śnieg w butach w tym sezonie, trzeba uczcić ;) Zejście Doliną Jaworzynki upływa już na pogawędkach i nieco tylko nerwowym zerkaniu na zegarek. Potem szybkie zakupy, powrót na kwaterę, pakowanie, prysznic, obiad i – do busa :( Jak to mówią – wszystko, co dobre, szybko się kończy…

Wyjeżdżałam do Zakopanego z myślą, że raczej nie wyjdę poza dolinki. Wyszło jak widać. Wyszło prawie 70 kilometrów i kilka fajnych szczytów. Jasne – można więcej, szybciej, wyżej. Na pewno. Ale ja – jeśli już z kimś się ścigam – to tylko z samą sobą. Uważam, że ten wyścig wygrałam.

Po drodze zdążyłam tak jakoś na oko kilkadziesiąt razy powiedzieć Arturowi i Monice, jak bardzo ich nie lubię. Że tak wysoko, tak daleko i tak męcząco. Magdzie nie, bo z Magdą się lepiej w kwestii tempa dogadywałyśmy ;) Artur powtarzał, że po powrocie do domu będę zadowolona. Oczywiście, że będę! Oczywiście, że jestem! I wiedziałam to już nawet wtedy, gdy akurat umierałam na kolejnym podejściu… no – ale co sobie ponarzekam, to moje :)


Dlatego teraz chciałam podziękować. Arturowi – za zaproszenie na wyjazd, za różnorodne metody perswazji, za pomoc. Dziewczynom – za świetne towarzystwo, za długie rozmowy i mnóstwo śmiechu. Mówcie co chcecie, ale to był świetny czas!